Lśnienie to horror z 1977 roku. Na podstawie książki w 1980 r. powstał film o tym samym tytule z główną rolą Jacka Nicolsona, wysoko oceniony przez publiczność.
Skręcił w lewo, wiąż na sygnale, i z rykiem silnika wyminął limuzynę zataczającą pijackie łuki. Zaproponował jej kierowcy, aby sam z sobą odbył niedozwolony stosunek płciowy. Aby odbywał stosunki oralne z różnymi gryzoniami i ptakami. Niedwuznacznie sugerował, że wszystkie osoby pochodzenia murzyńskiego powinny wrócić na rodzinny kontynent. Ze szczerym przekonaniem mówił, jakie miejsce na tamtym świecie zajmie susza kierowcy cadillaca. Na zakończenie oznajmił, że musiał chyba spotkać jego matkę w nowoorleańskim domu rozpusty.
Kiedyś nadejdzie czas porachunku. Kiedyś powstanie książka, nie tak łagodna i rozważna jak w pierwszym zamiarze, ale studium ostre niczym szlifowany kamień, z fotografiami i tak dalej. Przeanalizuje w niej dzieje Panoramy, plugawe, kazirodcze przechodzenie z rąk do rąk i całą resztę. Poda to wszystko czytelnikom jak pokrajaną langustę.
Pan Ullman każe jednego dnia ogrzewać skrzydło zachodnie, drugiego środkowe, a trzeciego wschodnie. Czy to nie wariat? Nie cierpię tego małego skurwiela. Jap-jap-jap przez cały boży dzień, przypomina takiego pieska, co to ugryzie cię w kostkę, a potem biega w kółko i siusia na dywan. Tylko jedno mu w głowie. Jak człowiek patrzy, to żałuje, że nie ma strzelby.
Tony stanął dokładnie na wprost niego i Danny patrzył jakby w magiczne zwierciadło, widział siebie za dziesięć lat, z szeroko rozstawionymi, bardzo ciemnymi oczami, z mocno zarysowanym podbródkiem, ładną linią ust. Włosy miał jasnoblond jak matka, a jednak rysy nosiły piętno ojca, jak gdyby Tony – jak gdyby ten Daniel Anthony Torrance, którym kiedyś będzie – stanowił coś pośredniego między ojcem a synem, był duchem, zlepkiem ich obu.
Ale od czego zacząć? Od Jacka Torrance’a. Głęboko nieszczęśliwego człowieka, który nie sprawdził się jako nauczyciel, pisarz i mąż. Jak baseballiści nazywają trzykrotne wyautowanie pałkarza? Złotym Sombrero?
Jack wziął od syna pudełko. Był to model samochodu. […] Nad opuszczonym dachem volkswagena sterczała głowa olbrzymiego, pokrytego brodawkami potwora, kurczowo zaciskającego ręce na kierownicy. […]
- To mi się u ciebie podoba, stary – zauważył, zwracając pudełko. – Lubisz rzeczy spokojne, stonowane, introspekcyjne. Bez wątpienia jesteś dziecięciem mych lędźwi.
Nie, to doprawdy obojętne, tyle że patrząc na stojak z młotkami, z których jednego brakowało, ulegał swoistej fascynacji. Przyłapał się na myśli o dźwięku, z jakim obuch młotka uderza w drewnianą kulę. Miły, typowo letni odgłos. Widok kuli toczącej się po
(Kość. Krew.)
żwirze wywołuje obrazy
(Kość. Krew.)
mrożonej herbaty, bujanych kanap ogrodowych, pań w białych, słomkowych kapeluszach, bzykających komarów i
(niegrzeczni mali chłopcy, którzy nie trzymają się reguł gry)
wszystkich tych rzeczy.
Para grubych, niebieskich rękawic upadła Hallorannowi na kolana.
- Przydadzą się, jak pan drugi raz zjedzie z drogi. Jest zimno. Radzę je włożyć, jeśli nie chce pan do końca życia dłubać w nosie szydełkiem.
- Nie. Nie czuję urazy. – Jack znowu błysnął zębami w uśmiechu agenta reklamy, ale ucieszył się, że Ullman nie podaje mu ręki. Czuł urazy. Najróżniejsze.
Nie wierzyłem, że jestem alkoholikiem (...) Opuszczanie lekcji albo pojawianie się w klasie z zarostem, w cuchnących oparach wypitych wieczorem Marsjan. Ja nie, ja mogę przestać w każdej chwili. Noce przespane przez niego i Wendy w osobnych łóżkach. Słuchaj, świetnie się czuję. Wgniecione zderzaki. Na pewno mogę prowadzić. Łzy wylewane przez nią zawsze w łazience. Czujne spojrzenia kolegów na każdym przyjęciu z alkoholem, choćby z winem. Powolne uprzytamnianie sobie, że jet tematem rozmów. Świadomość, że z jego maszyny do pisania nie schodzi na ogół nic prócz czystego papieru, który w końcu zgnieciony w kulę wędruje do kosza na śmiecie.
Z góry dobiegało niecierpliwe dudnienie młotka; to Jack Torrance szukał swojego syna.
To był wypadek. Dzieciak spadł ze schodów.
(o, ty wstrętny łgarzu)
To był wypadek. Wpadłem w złość.
(ty kurewski, pijany łachudro, Bóg wysmarkał nos i tym glutem byłeś ty).
(Moją kochaną zapalniczkę Zippo połknął krokodyl spadła z samolotu zaginęła w rowie na Pacyfiku ocaliła mnie od szkopskiej kuli w Ardenach w bitwie o Wyłom droga Zippo jeśli nie błyśnie ten pieprzony płomyk to lew łeb mi urwie) .
(Gdzie się odbywa bal? Nie daj się odstraszyć, ty kupko zatęchłych szmat! Nie daj się odstraszyć jednej zalęknionej kobiecie z nożem! Niech nam tu zabrzmi jakaś muzyka! Niech będzie trochę ruchu!) .
Potwory naprawdę istnieją, duchy również. Żyją w nas i czasem wygrywają...
Medoc, jesteś tu?
Znowu chodziłam nocą podczas snu.
Dzikich potworów boję się w tym dniu...
No więc ta babka - sześćdziesiątka jak nic, (...) włosy ufarbowane, czerwone niczym światełko nad drzwiami kurwy, (...) ma takie żylaki, że każda noga jest jak mapa drogowa.
- Zwiewaj, stary - powiedział Jack Torrance. - Prędko. I pamiętaj, jak bardzo cię kocham.
Medoc, jesteś tu?
Znowu chodziłam nocą podczas snu.
Kwiaty ruszają się pod kocem.
Muzyka. Śmiech. Pijaństwo. Histeria. Mało miłości, tu jej nie ma, ale pod powierzchnią przepływa nieustanny prąd zmysłowości.