- Chyba rozumiem, co to znaczy umrzeć. - Odezwał się Pearson nagle. - Przynajmniej teraz. Nie sama śmierć, jej wciąż nie mogę pojąć. Ale umieranie. Jeśli przestanę iść dojdę do końca. - Przełknął głośno ślinę. Do końca, jak po ostatnim nagraniu. - Spojrzał z powagą na Scramma. - Może jest tak jak mówisz. Może to nie dość. Ale...ja nie chcę umierać.
- Może byś mi pomógł zdecydować? - powiedział McVries.
- Jasne. Co do czego?
- Kto siedzi w tej klatce. Oni czy my?
Garraty roześmiał się z autentyczną przyjemnością.
- Wszyscy. A klucz od tej małpiarni trzyma major.
Świadomość. Wszystko to funkcja świadomości. Ale świadomość nie trwa wiecznie.
Może śmierć nie jest taka zła. Każdy, nawet major musi spojrzeć jej w twarz, wcześniej czy później.
Wspomnienia są jak linia na piasku. Im dalej idziesz, tym jest wątlejsza i mniej widzialna. Aż wreszcie nie ma niczego, jedynie gładki piach i czarna dziura nicości, z której wyszedłeś.
Nagle poczuł panikę. Był pewny, że ogląda ostatnie światło dnia w życiu. Chciał, żeby pozostało dłużej. Chciał, żeby trwało. Chciał, żeby zmierzch ciągnął się w nieskończoność.
Zastanawiał się jak to jest, poczuć w głowie kulę, czy to będzie po prostu nagła ciemność, czy też faktycznie poczuje jak myśli są rozrywane na strzępy.
Naprawdę żaden z nas nie ma nic do stracenia. Dzięki temu łatwiej przegrać.
Absolutna nicość. Zmarli są sierotami. Nie mają ojca, matki, dziewczyny, kochanki. Towarzyszy im tylko cisza, cisza jak skrzydełko ćmy. Koniec rozdzierającego bólu przy każdym ruchu, koniec długiego sennego koszmaru marszu drogą. Ciało w spokoju, w bezruchu. Cisza. Idealny mrok śmierci.
Musisz znaleźć swoje tempo. Musisz się skupić na sobie. Musisz mieć plan.
Garraty przyglądał się temu apatycznie i myślał, że nawet groza powszednieje. Nawet śmierć bywa płytka.