Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Lśnienie

Lśnienie to horror z 1977 roku. Na podstawie książki w 1980 r. powstał film o tym samym tytule z główną rolą Jacka Nicolsona, wysoko oceniony przez publiczność.

Inne książki Stephena Kinga:
11.22.63 4 po północy Amerykański wampir Ballada o celnym strzale Bastion Baśniowa opowieść Bazar złych snów Bezsenność Billy Summers Blaze Buick 8 Carrie Christine Chudszy Ciało Cmętarz zwieżąt Colorado Kid Cookie Jar Cujo
⇓ ⇓ pokaż więcej książek ⇓ ⇓

Zamknął oczy, a wszystkie dawne określenia rozpoczęły przemarsz przez jego głowę. Wyglądało na to, że są ich setki, (cierpi na załamanie brak mu piątej klepki sfiksował ma bzika w głowie mu się pokiełbasiło ma kuku na muniu cierpi na pomieszanie zmysłów szajba mu odbiła w piętkę goni) oznaczały zaś to samo: traci rozum.

- Podobasz mi się, szepnęła, on zaś pomyślał, że pachnie liliami, utajonymi, skrytymi w szczelinach porośniętych zielonym mchem, w miejscach, gdzie krótkie są promienie słońca, cienie natomiast długie.

Było to tak, jakby zadzwonił do niego jakiś współczesny Medyceusz… proszę, żebyś na portretach członkach rodziny książęcej nie malował kurzajek, jeśli nie posłuchasz, ponownie zmieszasz się z pospólstwem. […] Na zawsze pozostaniemy przyjaciółmi i za obopólną zgodą nie będziemy zwracać uwagi na obrożę, którą ci nałożyłem, a ja będę cię otaczać troską i życzliwością. W zamian żądam jedynie twojej duszy. To drobiazg. Możemy nawet zapomnieć o tym, że mi ją oddałeś, tak jak zapominamy o obroży. Pamiętaj, mój utalentowany przyjacielu, na ulicach Rzymu pełno jest żebrzących Michałów Aniołów.

Jak zaświeci, będzie świecić (porzekadło ludowe).

Ja jestem złośliwy jak wąż chory na półpaśca.

Smak w ustach taki, jakby ktoś przeciągnął po nich grabiami od gnoju

Widzę, jak księżyc wstaje
I swe oblicze chmurzy,
Gromy i błyskawice,
I złą nam porę wróży.
Nie ruszaj w drogę nocą,
Tak się o Ciebie boję,
Kiedy księżyc na niebie wstaje...

Teraz Danny uszy miał otwarte i znowu je słyszał, to zgromadzenie, upiory, czy duchy, a może sam hotel, przerażający gabinet osobliwości, gdzie wszystkie pokazy kończyły się śmiercią, gdzie wszystkie specjalnie malowane potwory żyły naprawdę, gdzie żywopłoty spacerowały, a po przekręceniu małego srebrnego kluczyka rozpoczynał się sprośny występ. Słyszał ciche zawodzenie i szmer jakby bez ustanku igrającego nocą pod okapami zimowego wiatru, wiatru powodującego otępienie, nigdy nie słyszanego przez turystów w lecie. Ten szum przypominał senne brzęczenie os, które latem budzą się w ziemnym gnieździe, ospałe i groźne. Mają dziesięć stóp wysokości.

Był to żywy dźwięk, ale nie glosy, nie oddech. Człowiek nastawiony filozoficznie mógłby go nazwać dźwiękiem dusz. Babcia Dicka Halloranna, dorastająca na drogach Południa w latach poprzedzających przełom stulecia, nazwałaby go wyciem upiorów. Psycholog mógłby wymyśleć długą nazwę - echo psychiczne, psychokineza, zabawa telesmiczna. Ale dla Danny'ego był to jedynie głos hotelu, starego potwora skrzypiącego wciąż dookoła nich, w coraz mniejszej odległości korytarzy cofających się teraz w czasie i przestrzeni, wygłodniałych cieni, ożywionych gości, którzy nie bardzo potrafią spocząć.

Potem zaczynasz dostrzegać różne rzeczy, Lloyd, mój chłopcze. Takie, jakich nie widziałeś z rynsztoka. Na przykład to, że platforma jest z niecheblowanych sosnowych desek, całkiem świeżych, jeszcze ociekających żywicą, i gdybyś zdjął buty, na pewno wbiłbyś sobie drzazgę. I że na wozie stoją tylko te długie ławy z wysokimi oparciami, bez poduszek, na których można by usiąść, i że właściwie są to ławki kościelne z porozkładanymi co jakieś pięć stóp śpiewnikami. I że w tych ławkach siedzą same płaskie, jak decha babki w długich sukniach z odrobiną koronki przy kołnierzyku i z włosami upiętymi w koki, ściągniętymi tak mocno, że prawie słychać, jak te włosy krzyczą. A wszystkie twarze są bezduszne, blade i lśniące. Kobiety śpiewają chórem, "Zbierzmy się nad rzeką, piękną, piękną rzeeeką", z przodu zaś siedzi ta śmierdząca suka z włosami blond, gra na organach i każe im śpiewać głośniej, wciąż głośniej. Ktoś wciska ci śpiewnik do rąk i mówi: "Śpiewaj bracie. Jeśli chcesz zostać w tym wozie, musisz śpiewać rano, w południe i z wieczora. Zwłaszcza z wieczora". Właśnie wtedy zdajesz sobie sprawę, czym jest w istocie ten wóz, Lloyd. To kościół z zakratowanymi oknami, kościół dla kobiet, dla ciebie więzienie.

...i Mór Czerwony niepodzielnie zawładły wszystkim

Bo tu w Panoramie ciągle coś się działo. Tutaj wszystkie pory stapiały się w jedną. Bez końca trwała sierpniowa noc roku 1945, ze śmiechem i trunkami, i olśniewającą garstką wybrańców losu, którzy jeździli w górę i w dół windą, pili szampana, obrzucali się konfetti i serpentynami. I szary czerwcowy świt w jakieś dwadzieścia lat później, kiedy najęci przez mafię rewolwerowcy nieprzerwanie dziurawili kulami poszarpane, skrwawione ciała trzech mężczyzn przeżywających męczarnie bez kresu. W łazience przy pokoju na drugim piętrze rozwalona w wannie kobieta czekała na gości. W Panoramie wszystko w jakiś sposób żyło, jakby ją nakręcono srebrnym kluczykiem. Zegar chodził. Zegar chodził.

Zapłacicie mi za to! - zawył. Zapłacicie, wy dwoje, niech was diabli! Zażyjecie za to cholerne lekarstwo, obiecuję wam!

Kiedy ktoś niechcący wtyka rękę w gniazdo os, nie obiecuje diabłu, że zrezygnuje ze swego cywilizowanego ja, które cechuje miłość, szacunek i honor. To się po prostu dzieje. W sposób bierny, bez udziału woli, człowiek przestaje się kierować rozumem, zaczyna zaś słuchać zakończeń nerwowych; w pięć sekund z absolwenta college'u łatwo przemienia się w kwilącą małpę.

Czuł teraz smak swojego przerażenia. Zachował go w głębi gardła jak smak dawno zjedzonych wiśni.

To nieludzkie miejsce czyni z ludzi potwory.

Trudny świat, dziecino. Jeśli mocno nie weźmiesz się w garść przed trzydziestką, będziesz się trząść, rzęzić i zataczać.

Czy sprawdzali państwo jego współczynnik inteligencji?
- Nie wierzę w takie rzeczy - odparł Jack.- Wyznaczają kres nadziejom zarówno rodziców, jak i nauczycieli.

Kochali się, a teraz jej mężczyzna spał obok.
Jej mężczyzna.
Uśmiechnęła się blado w ciemnościach, czując jak jego nasienie ciepłą, leniwą strużką spływa po jej z lekka rozchylonych udach. Uśmiech ten wyrażał i smutek, i zadowolenie, ponieważ zwrot "jej mężczyzna" wywoływał sto różnych uczuć.

Uczepił się rzeczywistości i trzymał z całej siły.