Istnieje szczególny rodzaj małych dziewczynek, z których wyrastają potem szczególnego rodzaju kobiety. Takie jak Weronika. Są to najczęściej córki pierworodne, po których Bóg dopiero zsyła rodzicom chłopca. Wystarczy, żeby urodził się jeden chłopiec, i już ojciec i matka oddychają z ulgą. Bóg im wreszczie pobłogosławił. Jeżeli niemowlę jest niedoskonałą formą ludzką, to niemowlę płci żeńskiej jest niedoskonałą formą niemowlęcia, jest czymś powszednim jak sześć dni w tygodniu. Kiedy rodzi się chłopiec - jest niedziela. Małe dziewczynki, którym rodzi się braciszek, rosną w przekonaniu, że one same są tylko wstępem, uwerturą do innego, ważniejszego istnienia, ponieważ pojawienie się brata od razu usuwa je w cień. To właśnie z niego rodzice są dymni, patrzą szczęśliwi, jak zaczyna chodzić i mówić, kiedy ciągnie za rude warkoczyki starszą siostrę, nazywają to zawadiactwem, odwagą i w końcu męskością. I odtąd starszym siostrom męskość kojarzy się z jakimś rodzajem dokuczliwości przy cichej aprobacie świata.
Kiedyś bogowie byli na zewnątrz, niedostępni, byli z innego świata (…). Ale ludzkie ego wybuchło i zagarnęło bogów do wewnątrz, wymościło im miejsce gdzieś między hipokampem a pniem mózgu, między szyszynką.
Ściganie ludzi, jakby byli dzikimi zwierzętami, wypędzanie ich z domów i z kraju, malowanie na drzwiach innowierców znaków zarazy, tworzenie gett. Nie. Wierzę, że człowiek ma Boga w sobie i że do każdego przemawia On w inny sposób.
Domagał się współczucia. Lecz bogowie go nie znają. Znają wszystkie inne uczucia świata, ale tego nie. Żeby współczuć, trzeba być samemu słabym i znać cierpienie; trzeba upaść, przewrócić się, trzeba umieć płakać.
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, kim jest ten cudowny opowiadacz, który w Biblii mówi wielkim głosem: "Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię"? Który to zna myśli Boga?
Za pieniądze można sprzedawać swoją pracę i swoją wolność. Rozczarowania powtarzające się co rano refrenem codzienności. Jakby Bóg stworzył ludzi w całej ich różnorodności, żeby udowodnić sobie samemu, jak wiele postaci przybiera ludzkie pojęcie jego dzieła. Pomyślał o zwątpieniu i niewierze, które jak mur wyrastają wszędzie tam, gdzie człowiek spotyka się z nienazwanym.
Dlaczego nie dziękować Bogu za to, co nam dał? Dlaczego tak trudno jest to docenić? Dlaczego zawsze chce się czegoś, czego się nie ma? Skąd ta skaza w ludzkim umyśle?
Myślałem, że może jest i tak, iż Bóg zdał sobie sprawę z własnej omyłki, oczekując niemożliwego od człowieka. Chciał bowiem człowieka bezgrzesznego. Tak więc Bóg miał wybór: mógł karać za grzechy, karać nieustannie i stać się wiecznym ekonomem, jak ten, który wali chłopów po plecach, gdy nie pracują dość na pańskich polach. I mógł też Bóg, który jest wszak nieskończenie mądry, być gotów znosić ludzką grzeszność, pozostawić miejsce dla słabości człowieka. Powiedział Bóg do siebie: Nie mogę jednocześnie mieć człowieka i wolnym, i zupełnie mi poddanym. Nie mogę mieć w wolnej od grzechu istoty, która byłaby jednocześnie człowiekiem. Wolę raczej Grzeszna ludzkości niż świat bez ludzi.
Nie ma nikogo takiego, o kim można by powiedzieć, że wymyślił młynek, tworzenie jest bowiem tylko przypominaniem sobie tego co istnieje poza czasem, czyli od zawsze. Człowiek nie potrafi stwarzać z niczego, to boska umiejętność.
(...) na początku czasu Bóg zniszczył się sam w ogromnym wybuchu i czas był miarą jego rozpadu, i (...) wszyscy jesteśmy kawałkami boskiego ciała, które wciąż umierają, jak wszystko wokół. Naszym zbawieniem jest nieistnienie.
Prawdziwy Bóg jest zwierzęciem. Jest w zwierzętach, tak blisko, że aż go nie dostrzegamy. Codziennie się dla nas poświęca, wielokrotnie umiera, karmi nas swoim ciałem, odziewa w swoją skórę, pozwala na sobie testować lekarstwa, żebyśmy mogli żyć dłużej i lepiej. Tak okazuje nam przywiązanie, obdarza nas przyjaźnią i miłością.
Jestem pewien, że nie umiemy rozpoznać losu, jaki żłobią po drugiej stronie życia dla nas boskie rylce. Muszą się nam objawić dopiero we właściwej dla człowieka postaci – czarno na białym. Bóg pisze lewą ręką i lustrzanym pismem.
Moje okno wychodziło na winnicę i byłem tego jednego roku świadkiem całego procesu powracania życia po zimie, od początku do końca, od pączków po dojrzałe grona. W sierpniu można je było już rwać, tak były ciężkie i pełne soku. Myślałem więc, że oto daje mi Bóg przykład taki: potrzeba czasu, by każda idea powstała, wydawałoby się, znikąd. Wymaga ona własnej pory i rytmu. I niczego nie da się przyspieszyć ani obejść. Rozgniatałem winogrona w palcach i myślałem, jak wiele zrobił przez ten czas Bóg, pozwalając dojrzeć winu, wyrosnąć warzywom w ziemi i owocom na drzewach.
Uratować boga? Z motyką na słońce? Przecież oni sami nie potrafią się znaleźć, szukają się wiecznie, niespokojni, co dopiero człowiek. Jeśli spotkasz kogoś przy szosie, o czwartej nad ranem, jak idzie poboczem, to na pewno jest ktoś z nich.
Dziwne, że pozaczasowy Bóg przejawia się w czasie i jego przemianach. Jeżeli nie wie się, "gdzie" jest Bóg (...) trzeba popatrzeć na to wszytko, co zmienia się i porusza, co nie mieści się w formie, co faluje i niknie. (...) Bóg jest w każdym procesie. Bóg pulsuje w przemianach. Raz jest go mniej, ale czasem nie ma go wcale. Bóg bowiem przejawia się nawet w tym, że go nie ma. Ludzie - którzy sami są przecież procesem - boja się tego, co niestałe i zawsze zmienne, dlatego wymyślili coś co nie istnieje - niezmienność, i uznali, że to, co wieczne i niezmienne, jest doskonałe. Przypisali więc niezmienność Bogu. I w ten sposób stracili zdolność rozumienia go.
Widzisz, żyjemy w czasach zamętu. Ludzie utracili bojaźń Bożą i wydaje im się, że samo mogą dyktować warunki Bogu, wciągać wiarę w swoje przyziemne, ludzkie przypadłości.