Zarzucają mi, że ciągle gram drani. To nie moja wina. Wszyscy chcą mnie oglądać w płaszczu z podniesionym kołnierzem, z pistoletem w dłoni i piękną kobietą w ramionach.
Nigdy nie uważałem samotności za wadę. Pojawiła się we wczesnym dzieciństwie i towarzyszy mi przez całe życie.
Moją miłością jest Maryja Panna. Bo kocham tę Kobietę, kocham wszystko, co zrobiła. A Ona przynosi mi ulgę, daje mi towarzystwo, którego nie mam. Zawsze jest ze mną. Słucha mnie i wspiera.
Fundamentalnie nie zgadzam się z tymi ludźmi lewicy, którzy robią wszystko, by oddzielić fundamentalizm od islamu.
Przyjaciele i współpracownicy nagle spojrzeli na nas, potraktowali nas trochę inaczej niż miesiące czy lata wcześniej, kiedy razem pracowaliśmy. Nigdy tego do końca nie rozumiałem.
Istniała wielka niepewność co do tego, na ile dobrze będziemy w stanie chodzić /po Księżycu/ w naszym nieporęcznym skafandrze ciśnieniowym.
To było wyjątkowe i niezapomniane przeżycie, ale trwało zaledwie chwilę, ponieważ mieliśmy dużo pracy do wykonania. Widoki były po prostu nadzwyczajne.
Tokarczuk do tego stopnia obraziła mój rozum, że chciałem napisać polemikę, ale uznałem, że gra jest niewarta świeczki, bo musiałbym jej książkę doczytać do końca.
Każdy ma swoje własne zamiłowania: piłka nożna, kopulacja, picie piwa z puszki. Mnie natomiast ogromną przyjemność sprawia dowiadywanie się różnych ponurych rzeczy z trudnych książek.
Bardziej kocham ten kraj i zrobiłem dla niego o wiele więcej niż najbardziej wyrazisty nacjonalista ze wszystkim, co ma na sobie: dresem, koszulką i tatuażem małego powstańca na łydce.
Moje serce powoli umiera. (...) Nie trzeba bić, masakrować, przypalać żywym ogniem, aby zabić. Nie trzeba noża, kuli czy pętli na szyi. Są słowa, które — jak kula — rozrywają serce w drobny mak!
Nasze hasło: „Przyjaźń, Miłość, Muzyka” to najlepsze lekarstwo na hejt. Jeżeli ustawisz sobie w głowie takie kategorie, to pewne rzeczy eliminujesz.
Spełniony to może być ktoś, kto czuje, że zrobił już wszystko, co chciał. To nie o mnie. Mnie są potrzebne nowe wyzwania.
Ja wierzę w sens zasady: traktuj innych tak, jak byś sam chciał być traktowany. Kocham ideę społeczeństwa obywatelskiego, bo ludzie czują się w nim szanowani, wiedzą, że mają wpływ na świat wokół, a wtedy bardziej im się chce – reagować, działać, angażować się.
Byłoby idiotyzmem, gdybyśmy opinię na temat szczerości naszych działań mieli budować w oparciu o wielokrotność udzielanej pomocy. Nawet ten jeden, jedyny raz w roku, w ciągu dziesięciu lat, czy nawet w ciągu całego życia, zasługuje na szacunek. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest wspaniałym dowodem na to, że ludzie często zaczynają od jednorazowego wsparcia jakiejś akcji społecznej, a później ten ich odruch serca przekształca się w codzienne zaangażowanie.
„Róbta, co chceta” to była nazwa mojego programu telewizyjnego z lat 90., bo rzeczywiście mogłem w nim robić, co chciałem. (…) Pełny odlot. Dzisiaj wyglądałoby to poczciwie, ale w ówczesnej telewizji było czymś świeżym. I trafialiśmy w estetykę młodych ludzi. Tymczasem „Róbta, co chceta” ze zgrozą powtarzane jest przez krytyków Orkiestry, chociaż ja tego hasła nie używam.
Pielęgnuje w sobie tę naiwność. Dzięki niej mogłem zająć się działalnością charytatywną, która wymaga zaufania do innych ludzi. Gdybym węszył w ludziach szwindel i złe intencje, nic bym mądrego w życiu nie zrobił. Naiwność czasem kosztuje, bo ktoś cię może zrobić w bambuko, ośmieszyć, zdradzić. Ale tę cenę warto zapłacić. Dużo większe koszty psychiczne ponosi się, tropiąc w ludziach zło. To paraliżuje wolę działania.