Nie, to doprawdy obojętne, tyle że patrząc na stojak z młotkami, z których jednego brakowało, ulegał swoistej fascynacji. Przyłapał się na myśli o dźwięku, z jakim obuch młotka uderza w drewnianą kulę. Miły, typowo letni odgłos. Widok kuli toczącej się po (Kość. Krew.) żwirze wywołuje obrazy (Kość. Krew.) mrożonej herbaty, bujanych kanap ogrodowych, pań w białych, słomkowych kapeluszach, bzykających komarów i (niegrzeczni mali chłopcy, którzy nie trzymają się reguł gry) wszystkich tych rzeczy.
Para grubych, niebieskich rękawic upadła Hallorannowi na kolana. - Przydadzą się, jak pan drugi raz zjedzie z drogi. Jest zimno. Radzę je włożyć, jeśli nie chce pan do końca życia dłubać w nosie szydełkiem.
Panie stojące w drzwiach wróciły do kuchni. Niektórzy spoglądali na zegarki. Komuś zaburczało w żołądku. Patrząc na setkę zgromadzonych w sali alkoholików, Dan uświadomił sobie coś zdumiewającego: to, co zrobił, nie wzbudziło w nich wstrętu. Nawet nie zaskoczyło. Słyszeli gorsze rzeczy.
- Wydawało mi się, że dobrze ci na Eliot Street. Pauline Robertson myśli, że srasz fiołkami. Wiem to, bo śpiewam z nią w chórze kościelnym. - Jaki jest twój ulubiony hymn? - spytał Dan. - „Uwielbiajcie Pana, psia mać wasza w mordę kopana?” Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
Dobrze, że wyrwałem się z tego domu wariatów, pomyślał i w tym samym momencie z głuchym trzaskiem otworzyło się okno nad nim. Wiedział, co stanie się za chwilę. - Mam nadzieję, że zdechniesz! - wrzasnęła Maria. - Mam nadzieję, że wpierdolisz się pod pociąg! Nie jesteś piosenkarzem! W łóżku też jesteś do dupy! Wracaj do swojej mamuśki, wszarzu! Z okna sypialni na pierwszym piętrze wystrzeliła w jego stronę butelka po mleku. Larry uchylił się. Butelka spadła do rynsztoka i rozbiła się. Następna butelka była po szkockiej, która roztrzaskała się u jego stóp. Puścił się biegiem, osłaniając jedną ręką głowę. To szaleństwo nigdy się nie skończy, pomyślał. Z tyłu za nim rozległ się triumfalny okrzyk: - Pocałuj mnie w dupę, ty głupi chuju!
Po tym, jak ukradł siedemdziesiąt dolarów samotnej matce nadużywającej narkotyków i alkoholu, zabranie magicznego dywanu lumpowi wydawało się drobiazgiem. I może dlatego czuł się mały jak nigdy.
Na miękkich nogach poszedł do kuchni, stanął na krześle i wysikał się do zlewu. Potem obudził mamę i powiedział jej, żeby nie wchodziła do łazienki, bo tam jest coś złego. Zrobiwszy to, wrócił do łóżka i zagrzebał się głęboko w pościeli Chciał zostać tam na zawsze i wstawać tylko po to, żeby wysikać się do zlewu.
Człowiek, który boryka się z podobnymi problemami, nie ma takiej gładkiej twarzy. Tak gładkie twarze, mają jedynie ci, którzy mogą sobie pozwolić na luksus rozważania wyłącznie wielkich, szlachetnych problemów: dobra i zła, prawa i bezprawia, porządku i anarchii.
Wiosną górę pokrywała nieokiełznana zieleń, wzbierająca aż pod niebo. Zawsze stawało się to nagle. Któregoś ranka po prostu była już wiosna.
O Jezu, wysapał. Panie Jezu, tylko mnie puść. Slyder pochylił się i z twarzą przy jego twarzy powiedział półgłosem: Lepiej poproś kogoś, do kogo masz bliżej.
Raz po południu złowił okonia pod wierzbami, tam gdzie woda miała niecałe trzydzieści centymetrów głębokości, wypatroszył go i wziął do ręki maleńkie, jeszcze bijące serduszko.
Pewnie w całej Ameryce mieszkają normalni Stephenowie Kingowie...i tylko proszą los...no, nie wiem...żeby ten jeden dał sobie spokój.
Napięcie krytyczne - powiedział - to rzecz, o której książę powinien wiedzieć. Łańcuchy mają swoje granice wytrzymałości, ale ludzie też. Pamiętaj o tym.
Niewielka to rozrywka przygotowywać się do przyjęć na niby, na których ma się pojawić królowa, gdy już się nią jest. [...] Sasza dorosła i odkryła, że życie ludzi dojrzałych wcale nie wygląda tak, jak przypuszczała w dzieciństwie. Wtedy wydawało jej się, że pewnego dnia podejmie świadomą decyzję i odłoży swoje lalki, gry i zabawy niby do lamusa. Teraz uzmysłowiła sobie, że nic takiego się nie stało. Zauważyła natomiast, że sprawy te przestały ją interesować. Bawiły ją coraz mniej i mniej, aż w końcu przyjemności dzieciństwa przysypał pył zapomnienia.
[...] najczęściej źli ludzie przypominają raczej psy niż diabły. Psy to stworzenia przyjazne, ale głupie, podobnie jak mężczyźni i kobiety, kiedy się upijają. Gdy są podniecone i czegoś nie rozumieją, mogą ugryźć. Gdy ludzie bywają podekscytowani i nie pojmują, o co chodzi, zaczynają się bić. Psy to świetne zwierzęta domowe, bo są wierne, ale jeśli istota ludzka jest niczym więcej niż zwierzak, to, moim zdaniem, kiepski z niej człowiek. Psy bywają odważne, ale bywają też tchórzami wyjącymi w mroku i umykającymi z podwiniętym ogonem. Pies gotów jest lizać rękę zarówno złego, jak i dobrego pana, gdyż nie zna różnicy między dobrem a złem. Pies zje pomyje, zwymiotuje to, czego jego żołądek nie zniesie, i przyjdzie po więcej.