Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty o sobie

Strona numer 2

Staram się zachować pokorę wobec tego, jak mało wciąż wiem i jak wiele brakuje mi do bycia prawdziwym chrześcijaninem.

Nie napisałem więc tej książki dlatego, że dokonałem czegoś nadzwyczajnego. Napisałem ją dlatego, że osiągnąłem coś zupełnie zwyczajnego, co jednak bardzo rzadko zdarza się dzieciakom, które dorastają w warunkach takich jak ja. Bo ja, wiecie, wychowywałem się w biedzie, w hutniczym miasteczku w Ohio, jednym z wielu w tak zwanym Pasie Rdzy, skąd jak z otwartej rany, od kiedy pamiętam, wyciekały miejsca pracy i nadzieja.

Nauczycielka opowiedziała pokrótce o mnożeniu, zapytała, czy są w klasie inne dzieci, które wiedzą, że coś takiego istnieje. Nikt się nie zgłosił. [...] Nie moja wina, że nigdy przedtem nie zetknąłem się ze słowem „mnożenie”. Nie nauczyłem się tego w szkole, a w rodzinie też nie mieliśmy zwyczaju siadać gromadką i rozwiązywać zadań matematycznych.

Nigdy w życiu nie byłem na nikogo aż tak wściekły, z żadnego powodu. Całymi latami usprawiedliwiałem mamę. Próbowałem pomagać jej w walce z lekomanią, czytałem te durne książki o uzależnieniach, chodziłem na spotkania anonimowych narkomanów. Bez słowa skargi znosiłem kolejnych „tatusiów”, którzy za każdym razem odchodzili, zostawiając we mnie pustkę i nieufność do facetów.

Zgodziłem się wsiąść do jej samochodu tego dnia, kiedy zagroziła, że mnie zabije, a potem stanąłem przed sędzią i kłamałem, żeby tylko mama nie poszła do więzienia.

Spośród wielu rzeczy, których w dzieciństwie serdecznie nie cierpiałem, nic nie mogło się równać z karuzelą tatusiów. Należy przyznać, że mama nie wiązała się z partnerami skłonnymi do przemocy czy niewykazywania troski o dzieci, nigdy nie czułem się źle traktowany przez któregokolwiek z mężczyzn sprowadzanych przez nią do domu. Jednak nie mogłem znieść tej niestałości. Nie cierpiałem też tego, że często owi panowie znikali z naszego życia akurat wtedy, gdy już trochę ich polubiłem.

Coś wewnątrz mnie wiedziało, że Mamaw nie przetrwa mojego kontraktu z marines. Już nigdy nie wrócę do domu, a w każdym razie nie na stałe. Słowo „dom” oznaczało „Middletown i Mamaw”. A Mamaw już zabraknie, kiedy ja odsłużę te cztery lata.

Po raz pierwszy oderwany od domu i rodziny, wiele się nauczyłem o sobie i o kulturze, z której się wywodzę. Wbrew powszechnemu mniemaniu, wojsko to nie przytułek dla młodziaków z biednych rodzin, które nie mają innych opcji. Wśród sześćdziesięciu dziewięciu rekrutów w moim plutonie na unitarce byli czarni, biali i Latynosi, bogaci kolesie z północnej części stanu Nowy Jork i biedni z Wirginii Zachodniej. Katolicy, żydzi, protestanci, a nawet paru ateistów.

Mamaw i ja uwielbialiśmy film Terminator 2. Obejrzeliśmy go we dwoje chyba z pięć czy sześć razy. Mamaw w Arnoldzie Schwarzeneggerze widziała ucieleśnienie amerykańskiego snu: silnego i zdolnego emigranta, który osiągnął sam szczyt. Ja jednak patrzyłem na ten film jak na metaforę własnego życia. Mamaw dawała mi dach nad głową, ochronę, a gdyby zaszła taka potrzeba, sama zostałaby moim Terminatorem, psiakrew. Nieważne, ile kłód życie rzuciłoby mi pod nogi, byłem bezpieczny, bo babcia mnie chroniła.

Podczas tej akurat misji oficerowie marines prowadzili rozmowy z miejscowymi urzędnikami oświatowymi, a cała reszta naszego oddziału zapewniała ochronę albo kręciła się wśród uczniów, kopiąc w piłkę czy rozdając cukierki i przybory szkolne.

Pewien bardzo nieśmiały chłopczyk podszedł do mnie, wyciągając otwartą dłoń. Gdy dałem mu małą gumkę do ołówków, jego twarz na moment rozpromieniła się radością, a potem pobiegł do swojej rodziny, triumfalnie unosząc nad głową swój prezent za parę centów. Nigdy dotąd nie widziałem takiego podekscytowania na dziecięcej twarzy.

Nie wierzę w nagłe olśnienia. Nie wierzę w natychmiastowe przeobrażenia, bo przeobrażenie to zbyt trudna sprawa, by nastąpiło w jednej chwili. Widziałem zbyt wielu ludzi, z których aż wylewało się szczere pragnienie zmiany samych siebie, ale tracili cały animusz, kiedy uświadamiali sobie, jak trudna w rzeczywistości byłaby taka przemiana. Niemniej owa chwila z tym chłopcem była dla mnie niemal olśnieniem. Przez całe dotychczasowe życie nosiłem w sobie urazę do całego świata. Byłem wściekły na matkę i ojca, wściekły, że do szkoły dojeżdżałem gimbusem, kiedy innych podwozili samochodami kumple, wściekły, że nie miałem ciuchów od Abercrombie & Fitch, wściekłem się, gdy umarł mój dziadek, wściekało mnie, że mieszkamy w ciasnym domku. Wszystkie te żale nie zniknęły w jednej chwili, kiedy jednak stałem i patrzyłem na kłębiące się dzieci sponiewieranego wojną narodu, ze szkoły, w której nie było wody bieżącej, i na tego przeszczęśliwego malca, zacząłem doceniać, jak wiele szczęścia miałem w życiu: urodziłem się w najwspanialszym kraju pod słońcem [...]

A jednak wśród wszystkich tych radości i intryg Yale zasiało w mojej duszy ziarenko zwątpienia: czy na pewno byłem tu na swoim miejscu? Ten uniwersytet wykraczał hen, poza wszystkie moje oczekiwania życiowe. W Ohio nie znałem nikogo, kto ukończyłby studia na którejkolwiek uczelni Ivy League, ba, w mojej najbliższej rodzinie ja pierwszy zrobiłem licencjat, jako pierwszy wśród wszystkich krewnych i powinowatych zacząłem studia podyplomowe.

Kiedy pojąłem, jak wiele różni mnie od innych studentów Yale, zacząłem doceniać, jak bardzo przypominam ludzi z rodzinnych okolic. Co najważniejsze, z całą ostrością dostrzegłem wewnętrzny konflikt zrodzony z tego niedawnego sukcesu.

Dla wielu dzieci pierwszym impulsem jest ucieczka, ale ludzie rzucający się do wyjścia rzadko trafiają na właściwe drzwi.

Stąd właśnie moja ciotka w wieku szesnastu lat wyszła za mąż za brutala.

To dlatego moja mama, która liceum ukończyła z drugą lokatą, nim skończyła drugą dekadę życia zaliczyła już dziecko i rozwód, ale ani jednych zajęć na studiach.

Z deszczu pod rynnę. Chaos rodzi chaos. Niestabilność rodzi niestabilność.

Witajcie w życiu rodzinnym amerykańskich bidoków.

Chcę, aby Kanał Zero był miejscem, w którym będę pracował z ludźmi, których lubię i z którymi tworzyłem lata temu świetną redakcję i do którego ludzie będą przychodzić także dlatego, że daje im możliwość przeżywania życia pełnego przygód. Bo tego potrzebuję i myślę, że tego potrzebują też inni w pracy – poprzebywać razem w kreatywnym, uśmiechniętym gronie, być zaangażowanym.

Rozumiem młodych ludzi, dla których praca nie jest wszystkim, bo nie powinna być wszystkim i nie powinna decydować o tym, jak przeżyjesz swoje życie… Będę zatrudniał młode osoby, wiek nie ma dla mnie znaczenia. [...] W rekrutacji, którą przeprowadziliśmy, wzięło udział ponad 2 tysiące osób. [...] Zgłosiło się mnóstwo dziennikarzy z poważnych, profesjonalnych redakcji. Doceniam ich doświadczenie, ale dla mnie ono nie jest atutem. Bardzo często takie osoby są już rozleniwione, nauczone pewnych standardów, które moim zdaniem nie działają.

Kiedy miałem dziesięć lat, na każdym osiedlu słychać było tylko rytmicznie odbijaną piłkę. Rozgrywano mecze na prowizorycznych boiskach, grano w kwadraty" albo na bramę garażową, na jeden kontakt. Kto nie załapał się do składu, ten ćwiczył żonglowanie. Życie osiedla kręciło się wokół piłki i trzepaka (ten z kolei służył do grania w siatkówkę, ale wszyscy byliśmy wtedy zgodni: siatkówka jest bez sensu, poza tym jest dobra dla dziewczyn).

Kiedyś dawno miałem dziewczynę w Korei Południowej i co jakiś czas do niej latałem. Panowała wtedy na świecie epidemia SARS. "Franz" wyraźnie zatroskał się o moje zdrowie. Przed wyjazdem ostrzegł: - Żebyś tylko nie złapał...Tego...No...SMS-a!

Dziwne jest nagrywanie twarzy żałobników i późniejsza analiza. Już same transmisje z pogrzebów to coś, co nie do końca kumam, chociaż rozumiem wyjątki w tym zakresie.

Do dzisiaj się jeszcze trochę wahałem, ale wyspa Sentosa - taka osobna dzielnica - przeważyła. Uważam Singapur za najlepsze miasto na świecie, spośród wszystkich, w których byłem. Nawet nie wiadomo, do czego się doczepić. Może do braku dobrego klubu piłkarskiego.

Uważam, że robimy masę, czy ja, czy mój zespół, robimy masę misyjnych projektów, które wiemy, że nie skończą się, nie wiem, gigantycznymi wyświetleniami, będą kosztowne finansowo, a jednak uważamy, że warto je robić.

Żadnej partii nie tworzę. A eksperymenty robią naukowcy.

To jest po prostu dziennikarska przygoda. I wiem, że wszyscy starają się rozwikłać zagadkę, po co Stanowski startuje i jaka w tym jest intryga. Ale nie ma żadnej intrygi. 5 lat temu nie byłem na to gotowy. Za 5 lat nie będzie mi się już chciało.


88 cytatów, 60 cytatów o sobie

115 cytatów, 46 cytatów o sobie

111 cytatów, 44 cytaty o sobie

55 cytatów, 42 cytaty o sobie

54 cytaty, 35 cytatów o sobie

52 cytaty, 31 cytatów o sobie
⇓ ⇓ pokaż więcej autorów ⇓ ⇓
wszyscy autorzy z kategorii o sobie
Galeria cytaty o sobie,
kliknij aby powiększyć