Zgadzam się żyć. Nie wszystko skończone na tej ziemi, skoro można jeszcze pleść głupstwa. Składam za to dzięki bogom nieśmiertelnym.
Ksiądz Myriel musiał podzielić zwykły los nowoprzybyłych w małych miasteczkach, gdzie wiele jest ust, które mówią, a bardzo mało głów, które myślą.
Czy natura ludzka zmienia się tak do gruntu i całkowicie? (…) Czy w każdej duszy, a w szczególności duszy Jana Valjeana, nie było owej pierwszej iskierki, owego boskiego pierwiastka, nieulegającego zepsuciu na tym świecie, nieśmiertelnego na tamtym, który pod wpływem dobra może się wspaniale rozszerzać, rozpalać i błyszczeć, natomiast nigdy nie może zgasnąć pod wpływem zła?
Upór trwania instytucji przestarzałych podobny jest do uporu zwietrzałych perfum, które by chciały by nimi skropić włosy, do pretensji zepsutej ryby, która by chciała być zjedzona, do natręctwa dziecinnego ubranka, które by chciało przywdziać dorosłego człowieka, do czułości trupów, które by powracały pieścić żywych.
Jest to właściwością pruderii, że tym więcej mnoży środków obrony, im mniejsze niebezpieczeństwo grozi fortecy.
Strzec się należy ogarniającego nas wszechwładnie rozmarzenia. Marzenie jest zagadkowe i nieuchwytne jak woń. Tym jest ono dla myśli, czym zapach dla tuberozy. Wydziela się nieraz z jadowitej idei, a przenika wszędzie jak dym. I marzeniem, i zapachem kwiatów można się otruć. Samobójstwo takie jest upajające, piękne i żałosne. Samobójstwem duszy są niedobre myśli. Oto jej otrucie. Marzenie nęci, tumani, łudzi, oplata i w końcu robi sobie z ciebie swojego wspólnika. Oszukujesz swoje własne sumienie z nim pospołu. Oczarowuje cię. A później cię demoralizuje. O marzeniu to samo rzec można, co i o grze. Z początku jesteś ofiarą oszusta, później sam się oszustem stajesz.
Upiór ów niszczał powoli, wystawiony był na straszliwe, powolne gnicie na wietrze. Znajdował się poza prawem grobu. Unicestwienie bez spokoju było jego udziałem. Latem rozpadał się w popiół, zimą – w błoto. Śmierci należy się zasłona, wstydliwe schronienie pod pokrywą grobu. Tutaj była ona bezwstydna i naga. Gnicie odbywało się jawnie, cynicznie. Jest jakieś wyuzdanie w pokazywaniu przez śmierć, w jaki to sposób dokonuje ona swego dzieła. Pracując nie w swym laboratorium – nie w grobie – urąga ona wszelkiej pogodzie i łagodności zmroku.
Między istotami, a rzeczami istnieje cudowna zależność; w tej niewyczerpanej całości – od słońca do mszycy – nikt nikim nie gardzi; jedni potrzebują drugich. Światło, unosząc w błękity wonie ziemskie, wie, co z nimi czyni; noc rozdaje materię gwiezdną uśpionym kwiatom. Każdy fruwający ptak ma przywiązaną do nóżki nić nieskończoności. Narodzinami jest powstanie meteora i uderzenie dzióbka pisklęcia jaskółki, które rozbija skorupkę jajka; natura jednocześnie wydaje robaka i stwarza Sokratesa. Gdzie się kończy teleskop, zaczyna się mikroskop. Który z nich dalej sięga? Wybierajcie. Pleśń jest plejadą kwiatów; mgławica jest mrowiskiem gwiazd. To samo zespolenie – dziwniejsze jeszcze – istnieje w dziedzinie tworów ducha i materii. Żywioły i idee mieszają się, łączą, bratają i pomnażają wzajemnie, by wreszcie doprowadzić świat materialny i świat duchowy do jednej i tej samej jasności. Każde zjawisko nieustannie powraca do samego siebie. W niezmierzonych wymianach kosmicznych powszechne życie płynie i odpływa w nieznanych ilościach, unosi wszystko w niewidzialne misterium fluidów, robi użytek z każdej rzeczy, nie traci ani jednego sennego marzenia; tu sieje żyjątko, tam kruszy gwiazdę, tu kroczy chwiejnie, tam pełza, tworzy ze światła siłę, a z myśli żywioł, rozproszone, niepodzielne i zdolne rozłożyć wszystko z wyjątkiem tego punktu geometrycznego – jaźni; sprowadza wszystko do duszy – atomu, rozwija wszystko w Bogu i plącząc w tajnikach oszałamiającego mechanizmu wszystkie działania od najwyższych do najniższych, wiążąc lot owada z ruchem ziemi, podporządkowuje może – kto wie? bodaj na podstawie identyczności prawa – lot komet na firmamencie krążeniu drobnoustrojów w kropelce wody. Machina utworzona z ducha. Olbrzymie tryby, których pierwszym motorem jest maleńka muszka, a ostatnim kołem – gwiazdy zodiaku.
Ulica Plumet była zupełnym pustkowiem; śmierć dawnych właścicieli, rewolucja, która przeszła tędy, upadek starych fortun, pustka, zapomnienie, czterdzieści lat opuszczenia i sieroctwa sprawiły, że do tego uprzywilejowanego zakątka powróciły znów paprocie, sasanki, szaleje, dziewanny, złocienie, naparstnice, wysokie trawy, wielkie karbowane rośliny o szerokich liściach, jakby wyciętych z bladozielonego sukna, jaszczurki, chrząszcze ruchliwe i niespokojne żuki, że z głębin ziemi dobyła się i zapanowała wśród tych murów jakaś dzika i niedostępna wielkość, że natura, która krzyżuje nędzne poczynania człowieka i króluje niepodzielnie tam, gdzie króluje – zarówno w mrówce, jak i w orle – rozkwitła w tym skromnym paryskim ogródku z taką dzikością i majestatem jak w dziewiczych lasach Nowego Świata. Nie ma bowiem rzeczy małych. Wie o tym dobrze ten, kto odczuwa głęboko tajniki przyrody. I choć nie jest danym filozofii dostąpienie absolutnego zadowolenia w czymkolwiek – ani w zbadaniu przyczyny, ani w ograniczeniu skutku – przecież badacz wpada w najwyższy zachwyt wobec tego rozkładu sił zmierzających do jedności. Wszystko pracuje dla wszystkich. Algebrę można stosować do obłoków; z promieniowania gwiazdy korzysta róża; żaden myśliciel nie ośmieliłby się twierdzić, że woń głogów nie ma wpływu na gwiezdne konstelacje. Któż może zbadać jaką drogą przebiega atom? Nie wiemy, czy powstawanie świata nie jest zależne od spadania ziaren piasku. Któż zna wzajemne przypływy i odpływy rzeczy nieskończenie wielkich i nieskończenie małych, któż zna echa, jakie wywołują przyczyny w otchłaniach istot i lawinach wszechświata? Drobny żuczek ma swoje znaczenie; to, co małe, jest wielkie; co wielkie – jest małe; wszystko musi pozostawać w równowadze; przerażająca to wizja dla umysłu.
Zasady są niepodzielne, logika prawdy jest prostolinijna, właściwością prawdy jest bezwzględność; żadnych ustępstw zatem: należy położyć kres wszelkiemu naruszeniu praw człowieka.
Rzesze chętnie poddają się woli pana. Ich masa wydziela osad apatii. Tłum łatwo scala się w posłuszeństwo. Trzeba te rzesze poruszyć, popchnąć, wstrząsnąć brutalnie ludźmi samym dobrodziejstwem wyzwolenia, ranić ich oczy prawdą, rzucać im groźne snopy światła. Trzeba, by pozostali niejako porażeni własnym wybawieniem; to olśnienie zbudzi ich. Stąd konieczność wojen i dzwonów na trwogę. Trzeba, aby się podnieśli wielcy bojownicy, oświecili swą odwagą narody i wstrząsnęli tą biedną ludzkością, na którą rzuca swój cień "prawo boskie", chwała cezarów, siła, fanatyzm, nieodpowiedzialna władza i absolutna monarchia; trzeba, aby wstrząsnęli ciżbą z ogłupieniem wpatrzoną w te ciemne triumfy nocy, co jawią się przed nią w swej zmierzchającej wspaniałości.
Wojna domowa? Co to w ogóle znaczy? Czy istnieje jakaś inna wojna? Czyż każda wojna ludzi nie jest wojną braci? Oceniać wojnę można wyłącznie na podstawie jej celu. Nie ma wojny miedzy narodami ani wojny domowej, jest tylko wojna niesprawiedliwa lub wojna sprawiedliwa. Aż do dnia, kiedy zawarte zostanie przymierze między ludźmi, wojna – przynajmniej ta, która jest walką nadchodzącej przyszłości z ociągającą się przeszłością – może być konieczna. Cóż można jej zarzucić? Wojna przeobraża się w hańbę, szpada przeobraża się w sztylet tylko wówczas, gdy godzi w prawo, postęp, rozum, cywilizację, prawdę. Wtedy zarówno wojna domowa, jak i wojna miedzy narodami jest wojną niesprawiedliwą i zwie się zbrodnią. Poza tą świętą sprawą – sprawiedliwością – jakim prawem jedna forma wojny miałby pogardzać drugą?
Despoci przydają się na coś filozofom. Słowo spętane, to słowo groźne. Gdy tyran narzuca ludowi milczenie, pisarz podwaja i potraja siłę swego pióra. Z tego milczenia wypływa pewna tajemnicza pełnia, która wsącza się w myśl i zastyga w niej spiżowym kształtem. Ucisk w historii powoduje zwięzłość historyka. Niejedna sławna proza swoją granitową zawartość zawdzięcza tyranowi. Tyrania zmusza pisarza do ścisłości, co jego dziełu dodaje mocy. Ostrze okresów cycerońskich, wystarczające zaledwie dla Verresa, stępiłoby się na Kaliguli. Im mniej zamaszyste zdanie, tym cios mocniejszy. Myśl Tacyta to ramię ściągnięte do uderzenia. Uczciwość wielkiego serca ludzkiego, skoncentrowana w zdaniu słusznym i prawdziwym, poraża jak grom.
Wszelkie rozruchy powodują zamknięcie sklepów, zmniejszenie kapitałów, panikę na giełdzie, przerwę w handlu, zahamowanie rozwoju interesów; przyspieszają bankructwa, pieniądz znika, fortuny prywatne zostają zachwiane, kredyt publiczny podważony, przemysł zdezorientowany, kapitały odpływają, płace zniżkują, wszędzie panuje strach. Ten stan odbija się we wszystkich miastach, otwierają się przepaście. Obliczono, że pierwszy dzień rozruchów kosztuje Francję dwadzieścia milionów, drugi – czterdzieści, trzeci – sześćdziesiąt. Trzydniowe rozruchy kosztują więc sto dwadzieścia milionów, czyli – biorąc pod uwagę jedynie rezultat finansowy – tyleż co katastrofa, zatopienie czy przegrana bitwa, w której zginęłaby flota złożona z sześćdziesięciu okrętów liniowych.
Jeśli można dawać wiarę pewnym wyroczniom podstępnej polityki, to z punktu widzenia władzy niegroźne rozruchy są pożądane. Istnieje teoria, że rozruchy – o ile nie obalają rządu – umacniają go. Poddają próbie armię, jednoczą burżuazję, wyrabiają muskuły policji, sprawdzają siłę kośćca społecznego. To gimnastyka, a nawet niemal higiena. Władza po rozruchach czuje się tak rześka jak człowiek po masażu.