Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj
Zbigniew Nienacki

Zbigniew Nienacki cytaty

Zbigniew Nienacki (ur. wtorek, 1 stycznia 1929; zm. piątek, 23 września 1994) przeżył 65 lat, 8 miesięcy i 22 dni

Polski pisarz i dziennikarz. Największą sławę przyniosła mu seria powieści dla młodzieży o przygodach Pana Samochodzika, muzealnika-detektywa. Opinię pisarza kontrowersyjnego i niestroniącego od erotyki zawdzięcza powieściom dla dorosłych, między innymi "Raz w roku w Skiroławkach" oraz powieści historycznej "Dagome iudex".

Książki Zbigniewa Nienackiego:

Ja, Dago Księga strachów Laseczka i tajemnica Liście dębu Nowe przygody Pana Samochodzika Pan Samochodzik i człowiek z UFO Pan Samochodzik i Fantomas Pan Samochodzik i Księga strachów Pan Samochodzik i niesamowity dwór Pan Samochodzik i Niewidzialni Pan Samochodzik i skarb Atanaryka Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic Pan Samochodzik i templariusze Pan Samochodzik i Winnetou Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców Pan Samochodzik i zagadki Fromborka Pan Samochodzik i złota rękawica Pierwsza przygoda Pana Samochodzika Pozwolenie na przywóz lwa Raz w roku w Skiroławkach
⇓ ⇓ pokaż więcej książek ⇓ ⇓

Strona numer 4

- Proszę się nie ruszać! Jest pan aresztowany! - krzyknąłem. I wyciągnąwszy zza pasa tępy kuchenny nóż zacząłem przecinać więzy na rękach starszej pani. Zerwałem też chustkę z jej ust. Lejwoda był zaskoczony tak bardzo, że tkwił w fotelu jak sparaliżowany i tylko wybałuszał na mnie zdumione oczy. A pani Jagoda, zaczerpnąwszy w płuca potężny haust powietrza, wyszeptała:
- Byłabym się udusiła. Serdecznie panu dziękuję...W tym momencie Lejwoda ochłonął ze zdumienia. Zerwał się z fotela i ryknął na mnie strasznym głosem:
- Jakim prawem wtargnął pan do mego domu? Precz! Precz natychmiast, bo chwycę za broń...To mówiąc wskazał rozwieszone na ścianie salonu zabytkowe szable.
- Wynoście się wszyscy. Wszyscy! - dodał jeszcze donośniej, bo właśnie przy drzwiach salonu skłębiła się uzbrojona w zaostrzone dzidy moja trzyosobowa załoga. Nagle zamilkł. Rzucił okiem na telewizor i z powrotem usiadł w fotelu. Na ekranie pojawiła się spikerka i zapowiedziała „Kojaka”.
- Zresztą zostańcie - ściszonym głosem rzekł Lejwoda. - Możecie siąść na dywanie albo na ławie pod ścianą. A jeśli ktoś z was się odezwie, zabiję. Zabiję! - powtórzył.

- Czy nigdy nie pomyślała pani, aby wyjść za mąż? - zapytałem ją. (...)
- Niech pan nie będzie złośliwy. Ja naprawdę nie umiem gotować. A w ogóle, dlaczego pan się tym interesuje?
- Bo mam już dosyć pani narzeczonych. Ten na „Jawie 50” znowu za nami jedzie. Nie jest to wprawdzie pani osobisty narzeczony, bo osobistym jest Jacek, ale w każdym razie to jeden z narzeczonych.
Obejrzała się.
- Ach, to Romek - stwierdziła. - Dzwonił do mnie wczoraj i obiecałam, że około dwunastej wyskoczę na kawę. Czekał na mnie, biedak.
- W godzinach pracy chciała pani wyskoczyć na kawę? - oburzyłem się.
- Tak. A czy pan tego nigdy nie robi?
- Nigdy! - oświadczyłem z mocą.
- Dureń - stwierdziła.
- Co takiego? - aż mi tchu zabrakło.
- To nie było do pana, tylko do Romka. Po co się wlecze za nami?

- No tak, to rzeczywiście wielka zaleta - przytaknęła Krwawa Mary. - Powiedzcie sami, jak długo zwykła dziewczyna może przysłuchiwać się takim oto rozmówkom: „Czy mój brat, Szara Sowa, myśli podobnie jak i ja? Czy mój brat Winnetou widzi na horyzoncie jakieś dziwne blade twarze? Niech mój brat Szara Sowa pamięta, że wszystkie skwaw mają podwójne języki”. A przecież ci panowie mają już po trzydziestce. Inni mężczyźni w ich wieku są już żonaci, mają dzieci, a oni ciągle bawią się w Indian. A wiecie dlaczego? Bo to łatwiejsze niż ponosić odpowiedzialność za czyjś los, za szczęście ukochanej kobiety.

Kto buduje na wdzięczności ludu, ten buduje na błocie.

Menażeria została zamknięta w Wehikule, a my udaliśmy się do restauracji. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pewien głupi incydent, który zdarzył się nam pod koniec obiadu. Otóż, gdy chciałem płacić kelnerce i sięgnąłem po pieniądze, wyciągnąłem z kieszeni białą mysz. Kelnerka narobiła pisku na całą restaurację. Zbiegło się sporo gości, przydreptał nawet kierownik lokalu i zrobił mi awanturę.
- Czy pan nie czytał napisu: „Wprowadzanie psów wzbronione”? - krzyczał groźnie.
- To przecież nie pies - tłumaczyłem.
- Ja widzę, że to mysz! - wołał kierownik. - Ale przez napis „Wprowadzanie psów wzbronione” rozumieć należy, że i innych zwierząt też wprowadzać nie wolno. Czy pan wie, że gdyby tu, na tej sali, był inspektor z sanepidu, miałbym dochodzenie administracyjne? W jaki sposób mógłbym udowodnić, że u nas nie zalęgły się myszy, tylko pan mysz wprowadził do restauracji?

- Gardzę samochodami. Uznaję tylko rowery. A pan? - zwróciła się nagle do mnie.
Odrzekłem dyplomatycznie:
- Pan Pigeon nie sądzi, abym to, czym jeżdżę, mógł nazwać samochodem. Wygląda to raczej na skrzyżowanie czółna z maszyną do szycia.
- Widziałam to coś. - roześmiała się panienka. - Oglądałam wasz przyjazd. Czy pan sam budował swój wehikuł? Pan wybaczy mi szczerość, ale mój przyjaciel Robert, gdy pana zobaczył w tym wozie, to powiedział: Oho, przyjeżdża jeszcze jeden taki, co ma hopla z przerzutką.
Roześmiałem się. Ale pan Gaspard zrobił obrażoną minę.
- Przepraszam, ale co to znaczy mieć hopla z przerzutką?
- No tak, pan przecież nie wie, co to jest przerzutka - pokiwała głową panienka. - Przerzutka w rowerze, proszę pana, to jest taki mechanizm, który pozwala przerzucać łańcuch z mniejszych na większe kółka i odwrotnie. W ten sposób można jechać szybciej lub wolniej, jednakowo pedałując.
- A mieć hopla z przerzutką? - dopytywał się naburmuszony pan Gaspard i podrapał się za lewym uchem.
- To znaczy być dziwakiem. Takim dziwakiem, którego dziwactwa narastają w zależności od sytuacji - wyjaśniła panienka.
- Ale pani powiedziała, że przyjechał jeszcze jeden z tą...no, przerzutką - zająknął się pan Gaspard. - Czy mnie panienka też miała na myśli?
- Wąsy - powiedziała.
- Co wąsy? - zaniepokoił się pan Gaspard.
- Wąsy się panu odklejają - rzekła panienka. Pan Gaspard dotknął palcami wąsów, ale stwierdził, że jednak mocno się trzymają.
- Nieprawda. Są dobrze przyklejone - rzekł i zrobił obrażoną minę.

Brodacz rzucił jakby od niechcenia:
— Dam wam zagadkę do rozwiązania. Ile dni trzeba jechać, żeby tymi taczkami dostać się na Bukowiec?
— Trzy dni — zachichotał Roman.
— Tak jest — z powagą przytaknął Brodacz. — Trzy dni i trzy noce, często zmieniając konie.

Sierżant „Wąsik” - bo tak go w myślach nazwałem - zerknął na mnie z odrobiną podejrzliwości.
- Więc przyznaje się pan, że niejaki Bigos, syn Antoniego, jest pana współpracownikiem? Bo on, obywatelu, został zatrzymany. Do wyjaśnienia.
- Bi ...bigos? - aż zająknąłem się z wrażenia. - Zatrzymany? Co to znaczy, proszę pana?
- Na służbie nie jestem panem, tylko obywatelem - groźnie upomniał mnie Wąsik.
- Za co, obywatelu sierżancie, został zatrzymany? Co on takiego zrobił? - ręce opadły mi bezradnie.
- A to właśnie chcemy wyjaśnić. Co on takiego zrobił?
- Nic nie robi ...Właśnie o to chodzi, że nic nie robi. Nie ma z niego żadnego pożytku - poskarżyłem się Wąsikowi. - Więc skoro już został zatrzymany, trzymajcie go nadal - z rezygnacją machnąłem ręką.
- O, przepraszam obywatela - oburzył się Wąsik.- Jeśli jest niewinny, nie ma prawa być zatrzymany. Obywatel żarty sobie stroi z władzy? Jan Bigos, syn Antoniego - Wąsik zajrzał do swego notatnika - wpadł jak bomba na posterunek o godzinie siódmej zero, zero. Następnie głosem wzburzonym złożył doniesienie, że w nocy zjawił się u was jakiś Annopulos, Grek z pochodzenia, u nas nie meldowany. Ów Grek miał rzekomo zamknąć was w pokoju, po czym stukał i pukał we wszystkich pomieszczeniach. Rankiem odszedł bez śladu. Zgadza się?
- Nie bardzo - mruknąłem.
- A więc Jan Bigos kłamał? - ucieszył się Wąsik.
- Nie kłamał - zacząłem się plątać - Ten Annopulos był duchem, który ...
- Co takiego? - Wąsik patrzył na mnie jak na wariata.

Zenobia prychnęła jak rozgniewana kotka.
- Co? Panu też się wydaje, że potrafiłby pan wyjaśnić tajemnicę szachownicy? Jeśli umysł pana jest tak samo wygimnastykowany jak mięśnie, można by oczekiwać nie lada zabawy.
Jadłem z twarzą pochyloną nad talerzem, z oczami wbitymi w jedzenie, modląc się w duchu, aby Zenobia zechciała zmienić temat.

- Czy pan jest w dalszym ciągu przeciw towarzystwu jakiejkolwiek dziewczyny? - usłyszałem głos Marty. - Ma pan taką minę, jakby zamierzał pan kogoś zabić.
- Wrrrrr - zawarczałem i kłapnąłem zębami.

A może świat to wielki zamtuz, w którym tylko zwykłe dziwki nie udają, że są czymś więcej niż dziwkami i przez to pozostają najbardziej uczciwe.

- Widziałam z plaży, jak pan tu przyjechał, i pomyślałam: "Marsjanin". Pan sam zbudował ten samochód czy też ktoś panu pomógł?
Zapytałem:
- Czy to prawda, że jamników nie kupuje się na sztuki, ale na metry?

Czym jest śmierć i czym jest pogrzeb w rozumieniu człowieka współczesnego? My, którzy żyjemy w wielkich miastach, wiemy, że pogrzebom nie wolno kroczyć głównymi ulicami; zepchnięto je na peryferie [...].
Widok twej trumny mógłby zakłócić czyjś spokój - nie wolno zakłócać cudzego spokoju.
Śmierć jest tylko sprawą krewnych zmarłego. Śmierć i pochówek stały się jakby sprawą wstydliwą. Jakby ludzie wstydzili się, że są tak potężni, tak mądrzy i tak pełni życia, i tak doskonali, a jednak umierają i pozostają wobec śmierci bezradni...

Zbrodniarze – to ludzie także godni podziwu. Trzeba mieć wiele odwagi, aby zabić drugą osobę. Zresztą, może to nawet nie jest kwestia odwagi, lecz wyobraźni.

Nie ma przyjaźni między mężczyzną i kobietą. Między mężczyzną i kobietą może być tylko miłość.

Kobiety podniecają mnie jak alkohol, w ich obecności dostaję przyjemnego zawrotu głowy, alkohol to zresztą bardzo kiepski afrodyzjak. Nie podnieca, jedynie pozbywa lęków, a ja nie mam żadnych lęków, przyjacielu.

(...) jak łatwo człowiek może znaleźć się nie po tamtej stronie biurka, gdzie zwykł siadać, a także jak wiele zależy od tego, po której stronie biurka się siedzi.

- To cudownie był mężczyzną, prawda, ojcze? - rzekł prostując swoje chude plecy i ciągle patrząc w stronę kajaka.
- Tak - odrzekłem - a kobietą?
- Nie wiem, co to znaczy być kobietą.
- Szkoda.
- Dlaczego szkoda?
- Bo żal mi tych wszystkich kobiet, które będziesz trzymał w ramionach.

Myślę, że ludzie, którzy zajmowali się uwodzeniem kobiet, nie pisali książek. A ci, co pisali książki, nie znali kobiet. Kult Erosa wyklucza kult sławy, mówili starożytni, czy nie tak?

Każdy ma swego figusa, co go gryzie.

Galeria - kliknij aby powiększyć