Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty polskich pisarzy

Zobacz listę pisarzy

Zobacz listę polskich pisarzy

Pisarze wg. narodowości

Czy Grzegorz I dlatego został Wielkim, że pokazał mu się Archanioł, czy dlatego pokazał mu się Archanioł, że Grzegorz I miał zostać Wielkim?

Jestem zdania, że niektóre kobiety są jak instrument o jednej strunie, wydaje tylko jeden, zawsze taki sam dźwięk i ton; nawet sam mistrz Kulka nie zagrałby na tej strunie koncertu Paganiniego. A bywają kobiety, które przypominają instrument o setkach strun jak fortepian czy klawesyn. Człowiek pozbawiony słuchu i umiejętności wybrzdąka jednym palcem jakąś tam melodyjkę, ale niech no zjawi się wirtuoz, a usłyszysz muzykę całego świata.

- Jak pan myśli, panie pisarzu, jest Bóg czy go nie ma? Od dawna chciałem to od pana wiedzieć, ale zwrócić się z tym nie miałem odwagi.
Zadumał się pisarz Lubiński, wzrok od pofałdowanego brzucha Porowej podniósł ku wieczornemu niebu. Potem, gdy dym go owionął, rozkasłał się, aż wreszcie wstał z koca na bunkrze i chwiejąc się na nogach, obwieścił gromko:
- Nie wiem, czy jest Bóg na niebie. Ale że rządzi na ziemi Antychryst, to prawie pewne!

...Nalał mu Jarosz wódki do niedużej szklanki i powiedział uroczyście:
- Za nasze piękne chwile, panie pisarzu, niechże się czara ta wypełni.
...
- Za nasze piękne dni, panie Jarosz, niechże się czara ta wypełni - uroczyście mówił Lubiński do drwala, małą szklaneczkę napełniając wódką.

W zamaskowanym osobniku rozpoznałem grubasa (...) On myśli, że my go grzecznie zaprowadzimy do szefowej...
- Cicho - krzyknął na niego grubas.
- Ach, więc macie szefową? - udałem zdumienie.
- Niech go pan nie słucha. On żartuje - burknął grubas.
- Wnioskuję, że ma pan o nas niewłaściwą opinię. (...) Po prostu jesteśmy grupą hobbystów i tak nas proszę nazywać. Nasze hobby, to zbieranie przeróżnych staroci. Kolekcjonujemy starą biżuterię, stare monety, listy różnych wielkich ludzi, białe kruki wydawnicze i tym podobne. Słyszeliśmy, że Makulski ma na strychu jakieś starocie, które mogą się zniszczyć i w trosce o dobra kultury przyjechaliśmy do niego. Jesteśmy hobbystami, niczym więcej. (...) Czy pan nie wie, jak wielką namiętnością odznaczają się niektórzy hobbyści? Być może zachowaliśmy się tu trochę niegrzecznie. Ale czy wie pan dlaczego? Bo oburzył nas fakt, że Makulski przeróżne stare dokumenty trzymał po prostu w zwykłej skrzynce na strychu. Mogły zgnić, spróchnieć, mogły je pogryźć myszy. Jak to zobaczyliśmy, to taka nas ogarnęła wściekłość, że związaliśmy faceta i mieliśmy mu nawet dać dobrą nauczkę, lecz zrezygnowaliśmy, bo papiery nie wyglądają na specjalnie wartościowe.

Dałem do gazety ogłoszenie:
Poszukuje się wiadomości, wskazówek i książek związanych z historią istniejącej w drugiej połowie XVII wieku warowni Ałbazin.
Zgłoszenia prosimy kierować do działu reportażu naszej gazety.
Minął jeden, drugi, trzeci dzień. Przeszedł tydzień. Nikt się nie zgłosił. Ponowiłem ogłoszenie. I znowu bezskutecznie. Koledzy poczęli sobie ze mnie podrwiwać. Na tablicy komunikatów, wiszącej na korytarzu redakcji, przeczytałem wiadomość:
Rozsądek pilnie poszukiwany. Zgłoszenia prosimy kierować do działu reportażu, do redaktora Ałbazina.

- Don Pedro twierdzi, że to są bzdury - powiedział Emil.
- Ale z naszymi psami stało się coś dziwnego. Wczoraj i dziś w nocy szczekały nie wiadomo na co, a w tej chwili śpią. Teraz każdy może nas podejść.
To mówiąc niespokojnie rozejrzał się dokoła, odbezpieczył pistolet maszynowy i gotów był strzelać. Lecz w tym momencie lufa jego pistoletu zgięła się ku dołowi, jakby zrobiono ją z plasteliny.
- Co to?! Patrzcie! - wrzasnął strażnik i rzucił pistolet na beton.
Lufa pistoletu drugiego strażnika dla odmiany wygięła się ku górze. Trzeciego skręciła w lewo, czwartego w prawo, piąty strażnik po prostu rzucił broń na beton nie czekając, aż mu się wygnie w dłoniach.
- Ona mówiła...Ta kobieta w barze...że broń będzie sama się gięła w naszych rękach - bełkotał Emil. Bezradnie wyciągnął z kieszeni pistolet i w geście rozpaczy uniósł lufę ku górze, jakby chcąc bronić się przed nadlatującymi z nieba ludzikami. Wtedy pistolet zaczął strzelać aż do wypróżnienia całego magazynku.
- To nie ja...nie ja...on sam strzela! - krzyknął Emil i cisnął pistolet.

- Proszę się nie ruszać! Jest pan aresztowany! - krzyknąłem. I wyciągnąwszy zza pasa tępy kuchenny nóż zacząłem przecinać więzy na rękach starszej pani. Zerwałem też chustkę z jej ust. Lejwoda był zaskoczony tak bardzo, że tkwił w fotelu jak sparaliżowany i tylko wybałuszał na mnie zdumione oczy. A pani Jagoda, zaczerpnąwszy w płuca potężny haust powietrza, wyszeptała:
- Byłabym się udusiła. Serdecznie panu dziękuję...W tym momencie Lejwoda ochłonął ze zdumienia. Zerwał się z fotela i ryknął na mnie strasznym głosem:
- Jakim prawem wtargnął pan do mego domu? Precz! Precz natychmiast, bo chwycę za broń...To mówiąc wskazał rozwieszone na ścianie salonu zabytkowe szable.
- Wynoście się wszyscy. Wszyscy! - dodał jeszcze donośniej, bo właśnie przy drzwiach salonu skłębiła się uzbrojona w zaostrzone dzidy moja trzyosobowa załoga. Nagle zamilkł. Rzucił okiem na telewizor i z powrotem usiadł w fotelu. Na ekranie pojawiła się spikerka i zapowiedziała „Kojaka”.
- Zresztą zostańcie - ściszonym głosem rzekł Lejwoda. - Możecie siąść na dywanie albo na ławie pod ścianą. A jeśli ktoś z was się odezwie, zabiję. Zabiję! - powtórzył.

- Czy nigdy nie pomyślała pani, aby wyjść za mąż? - zapytałem ją. (...)
- Niech pan nie będzie złośliwy. Ja naprawdę nie umiem gotować. A w ogóle, dlaczego pan się tym interesuje?
- Bo mam już dosyć pani narzeczonych. Ten na „Jawie 50” znowu za nami jedzie. Nie jest to wprawdzie pani osobisty narzeczony, bo osobistym jest Jacek, ale w każdym razie to jeden z narzeczonych.
Obejrzała się.
- Ach, to Romek - stwierdziła. - Dzwonił do mnie wczoraj i obiecałam, że około dwunastej wyskoczę na kawę. Czekał na mnie, biedak.
- W godzinach pracy chciała pani wyskoczyć na kawę? - oburzyłem się.
- Tak. A czy pan tego nigdy nie robi?
- Nigdy! - oświadczyłem z mocą.
- Dureń - stwierdziła.
- Co takiego? - aż mi tchu zabrakło.
- To nie było do pana, tylko do Romka. Po co się wlecze za nami?

- No tak, to rzeczywiście wielka zaleta - przytaknęła Krwawa Mary. - Powiedzcie sami, jak długo zwykła dziewczyna może przysłuchiwać się takim oto rozmówkom: „Czy mój brat, Szara Sowa, myśli podobnie jak i ja? Czy mój brat Winnetou widzi na horyzoncie jakieś dziwne blade twarze? Niech mój brat Szara Sowa pamięta, że wszystkie skwaw mają podwójne języki”. A przecież ci panowie mają już po trzydziestce. Inni mężczyźni w ich wieku są już żonaci, mają dzieci, a oni ciągle bawią się w Indian. A wiecie dlaczego? Bo to łatwiejsze niż ponosić odpowiedzialność za czyjś los, za szczęście ukochanej kobiety.

Kto buduje na wdzięczności ludu, ten buduje na błocie.

Menażeria została zamknięta w Wehikule, a my udaliśmy się do restauracji. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie pewien głupi incydent, który zdarzył się nam pod koniec obiadu. Otóż, gdy chciałem płacić kelnerce i sięgnąłem po pieniądze, wyciągnąłem z kieszeni białą mysz. Kelnerka narobiła pisku na całą restaurację. Zbiegło się sporo gości, przydreptał nawet kierownik lokalu i zrobił mi awanturę.
- Czy pan nie czytał napisu: „Wprowadzanie psów wzbronione”? - krzyczał groźnie.
- To przecież nie pies - tłumaczyłem.
- Ja widzę, że to mysz! - wołał kierownik. - Ale przez napis „Wprowadzanie psów wzbronione” rozumieć należy, że i innych zwierząt też wprowadzać nie wolno. Czy pan wie, że gdyby tu, na tej sali, był inspektor z sanepidu, miałbym dochodzenie administracyjne? W jaki sposób mógłbym udowodnić, że u nas nie zalęgły się myszy, tylko pan mysz wprowadził do restauracji?

- Gardzę samochodami. Uznaję tylko rowery. A pan? - zwróciła się nagle do mnie.
Odrzekłem dyplomatycznie:
- Pan Pigeon nie sądzi, abym to, czym jeżdżę, mógł nazwać samochodem. Wygląda to raczej na skrzyżowanie czółna z maszyną do szycia.
- Widziałam to coś. - roześmiała się panienka. - Oglądałam wasz przyjazd. Czy pan sam budował swój wehikuł? Pan wybaczy mi szczerość, ale mój przyjaciel Robert, gdy pana zobaczył w tym wozie, to powiedział: Oho, przyjeżdża jeszcze jeden taki, co ma hopla z przerzutką.
Roześmiałem się. Ale pan Gaspard zrobił obrażoną minę.
- Przepraszam, ale co to znaczy mieć hopla z przerzutką?
- No tak, pan przecież nie wie, co to jest przerzutka - pokiwała głową panienka. - Przerzutka w rowerze, proszę pana, to jest taki mechanizm, który pozwala przerzucać łańcuch z mniejszych na większe kółka i odwrotnie. W ten sposób można jechać szybciej lub wolniej, jednakowo pedałując.
- A mieć hopla z przerzutką? - dopytywał się naburmuszony pan Gaspard i podrapał się za lewym uchem.
- To znaczy być dziwakiem. Takim dziwakiem, którego dziwactwa narastają w zależności od sytuacji - wyjaśniła panienka.
- Ale pani powiedziała, że przyjechał jeszcze jeden z tą...no, przerzutką - zająknął się pan Gaspard. - Czy mnie panienka też miała na myśli?
- Wąsy - powiedziała.
- Co wąsy? - zaniepokoił się pan Gaspard.
- Wąsy się panu odklejają - rzekła panienka. Pan Gaspard dotknął palcami wąsów, ale stwierdził, że jednak mocno się trzymają.
- Nieprawda. Są dobrze przyklejone - rzekł i zrobił obrażoną minę.

Brodacz rzucił jakby od niechcenia:
— Dam wam zagadkę do rozwiązania. Ile dni trzeba jechać, żeby tymi taczkami dostać się na Bukowiec?
— Trzy dni — zachichotał Roman.
— Tak jest — z powagą przytaknął Brodacz. — Trzy dni i trzy noce, często zmieniając konie.

Sierżant „Wąsik” - bo tak go w myślach nazwałem - zerknął na mnie z odrobiną podejrzliwości.
- Więc przyznaje się pan, że niejaki Bigos, syn Antoniego, jest pana współpracownikiem? Bo on, obywatelu, został zatrzymany. Do wyjaśnienia.
- Bi ...bigos? - aż zająknąłem się z wrażenia. - Zatrzymany? Co to znaczy, proszę pana?
- Na służbie nie jestem panem, tylko obywatelem - groźnie upomniał mnie Wąsik.
- Za co, obywatelu sierżancie, został zatrzymany? Co on takiego zrobił? - ręce opadły mi bezradnie.
- A to właśnie chcemy wyjaśnić. Co on takiego zrobił?
- Nic nie robi ...Właśnie o to chodzi, że nic nie robi. Nie ma z niego żadnego pożytku - poskarżyłem się Wąsikowi. - Więc skoro już został zatrzymany, trzymajcie go nadal - z rezygnacją machnąłem ręką.
- O, przepraszam obywatela - oburzył się Wąsik.- Jeśli jest niewinny, nie ma prawa być zatrzymany. Obywatel żarty sobie stroi z władzy? Jan Bigos, syn Antoniego - Wąsik zajrzał do swego notatnika - wpadł jak bomba na posterunek o godzinie siódmej zero, zero. Następnie głosem wzburzonym złożył doniesienie, że w nocy zjawił się u was jakiś Annopulos, Grek z pochodzenia, u nas nie meldowany. Ów Grek miał rzekomo zamknąć was w pokoju, po czym stukał i pukał we wszystkich pomieszczeniach. Rankiem odszedł bez śladu. Zgadza się?
- Nie bardzo - mruknąłem.
- A więc Jan Bigos kłamał? - ucieszył się Wąsik.
- Nie kłamał - zacząłem się plątać - Ten Annopulos był duchem, który ...
- Co takiego? - Wąsik patrzył na mnie jak na wariata.

Zenobia prychnęła jak rozgniewana kotka.
- Co? Panu też się wydaje, że potrafiłby pan wyjaśnić tajemnicę szachownicy? Jeśli umysł pana jest tak samo wygimnastykowany jak mięśnie, można by oczekiwać nie lada zabawy.
Jadłem z twarzą pochyloną nad talerzem, z oczami wbitymi w jedzenie, modląc się w duchu, aby Zenobia zechciała zmienić temat.

- Czy pan jest w dalszym ciągu przeciw towarzystwu jakiejkolwiek dziewczyny? - usłyszałem głos Marty. - Ma pan taką minę, jakby zamierzał pan kogoś zabić.
- Wrrrrr - zawarczałem i kłapnąłem zębami.

A może świat to wielki zamtuz, w którym tylko zwykłe dziwki nie udają, że są czymś więcej niż dziwkami i przez to pozostają najbardziej uczciwe.

- Widziałam z plaży, jak pan tu przyjechał, i pomyślałam: "Marsjanin". Pan sam zbudował ten samochód czy też ktoś panu pomógł?
Zapytałem:
- Czy to prawda, że jamników nie kupuje się na sztuki, ale na metry?

Czym jest śmierć i czym jest pogrzeb w rozumieniu człowieka współczesnego? My, którzy żyjemy w wielkich miastach, wiemy, że pogrzebom nie wolno kroczyć głównymi ulicami; zepchnięto je na peryferie [...].
Widok twej trumny mógłby zakłócić czyjś spokój - nie wolno zakłócać cudzego spokoju.
Śmierć jest tylko sprawą krewnych zmarłego. Śmierć i pochówek stały się jakby sprawą wstydliwą. Jakby ludzie wstydzili się, że są tak potężni, tak mądrzy i tak pełni życia, i tak doskonali, a jednak umierają i pozostają wobec śmierci bezradni...