Schylił się nad nią i przyłożył swe usta do jej ust. Były to usta czyste i młode, z pięknym wykrojem miękkich warg i wyczyszczonymi zębami, wszystko w nich było jak należy, przecież przed dwoma miesiącami także ciągnęło go, by je całować. Ale właśnie dlatego, że wtedy te usta go wabiły, widział je przez mgiełkę pożądania i nic nie wiedział o ich rzeczywistej postaci: język w nich przypominał mu płomień, a ślina była upojnym nektarem. Dopiero usta, które go nie wabiły, naraz stały się r z e c z y w i ś c i e ( i jedynie) ustami, a więc tym żarłocznym otworem, przez który dziewczyna wchłonęła już setki kilogramów knedli, kartofli, zup, zęby miały swe plomby, ślina zaś nie była upojnym nektarem, lecz rodzoną siostrą plwociny. Trębacz miał pełne usta jej języka, jakby był on niesmacznym kęskiem, którego nie sposób przełknąć, a nie wypada wypluć.