- Kolacja! - W drzwiach biblioteki stała Isabelle z łyżką w ręce. - Przepraszam, jeśli przeszkadzam.
- Dobry Boże, nadeszła chwila grozy - mruknął Jace.
Hodge też wyglądał na przerażonego.
- Ja...ja...ja zjadłem bardzo obfite śniadanie - wymamrotał. - To znaczy lunch. Nie dam rady nic w siebie wcisnąć...
- Wylałam zupę - oznajmiła Isabelle. - Zamówiłam chińszczyznę na mieście.
Jace zeskoczył z biurka i się przeciągnął.
- Świetnie. Umieram z głodu.
- Może jednak spróbuję zjeść odrobinę - wykrztusił Hodge.
