Czasem zdaje mi się, że istnienie jest powszechną halucynacją ludzkości.
Czasem zdaje mi się, że istnienie jest powszechną halucynacją ludzkości.
Czasem wzdrygam się na myśl, że mogę w sardynce ukąsić jakiegoś Jonasza z biblii dla krasnoludków.
Czasem ściska nas coś w gardle, by nie dopuścić głosu serca do głowy lub vice versa.
Czasem przestaję wierzyć w błękit, zdaje mi się, że to przestrzeń idealnie pokryta sińcami.
Czasem nazbiera się tyle brudu, że wydaje się po prostu marnotrawstwem go wyrzucić.
Czasem nawet głupi but zostawia po sobie niezniszczalny ślad.
Czasem następuje na premierze takie katharsis, że dalsze przedstawienie nie ma już sensu.
Czasem ma człowiek uczucie, że pęta się na scenie nie będąc nawet statystą.