Shakespeare nie był filozofem ani naukowcem, lecz niewątpliwie był ciekaw świat: kochał ziemskie sprawy i ziemskie bytowanie, które - co należy ponownie podkreślić - nie jest równoznaczne z pragnieniem użycia i jak najdłuższym odwlekaniem śmierci.
W każdym razie reżim rosyjski albo ulegnie demokratyzacji, albo zginie. Potężne, niezwyciężone i wiecznotrwałe imperium niewolnicze, jak się zdaje, marzenie Burnhama, nigdy nie powstanie, a jeśli nawet powstanie, długo nie przetrwa, ponieważ czasy, gdy niewolnictwo stanowiło trwałą bazę społeczną, już dawno minęły.
Istnienie dobrej złej literatury - innymi słowy to, że kogoś może rozbawić, ekscytować, a nawet wzruszyć i rozczulić książka, której rozum po prostu nie chce potraktować poważnie - świadczy o tym, że sztuka i intelekt to dwie różne rzeczy.
Uważam, że gdy współczesny intelektualista wejrzy wnikliwie i uczciwie we własny umysł, zawsze natknie się tam na jakieś nacjonalistyczne sympatie i antypatie.
Od czasów Chaucera istnieją w naszej literaturze wyraźne wątki antysemickie: nawet teraz, nie wstając od stołu, przy którym piszę, i nie sięgając do źródeł, potrafię przywołać fragmenty utworów - które, gdyby powstały dziś, zostałyby bezsprzecznie uznane za antysemickie - Shakespeare'a, Smolletta, Thackeraya, Bernarda Shaw, H. G. Wellsa, T. S. Eliota, Aldousa Huxleya oraz innych autorów. Z miejsca mogę wymienić tylko dwa nazwiska pisarz, którzy, nim nastał Hitler, rzeczywiście brali w obronę Żydów: są to Dickens i Charles Reade.
Mało tego: do zmiany frontu skłoniło Twaina bezsprzecznie to, iż widział wyraźnie, że zwycięży Unia; skłonność do opowiadania się, przy każdej dogodnej okazji, po stronie silniejszego, do zapatrywania, że silny musi mieć rację, dostrzega się w całej jego karierze.
Dzieła te [Twaina] nie są jednak apoteozą wolności. Twaina interesowały przede wszystkim "charaktery", fantastyczne, niekiedy zwariowane formy, jakie potrafi przybierać natura ludzka pozbawiona więzów konieczności ekonomicznej i tradycji.
Lecz oto niestety okazało się, że nauka niekoniecznie jest tożsama ze zdrowym rozsądkiem. (...) Współczesne Niemcy są państwem znacznie bardziej naukowym aniżeli Anglia i znacznie bardziej barbarzyńskim. Wiele z tego, co [Herbert George] Wells stworzył w swojej wyobraźni i co popierał, urzeczywistniło się w nazistowskiej Rzeszy. Porządek, planowanie, wspieranie nauki przez państwo, stal, beton, samoloty - to wszystko tam jest, służy jednak ideologii właściwej epoce kamiennej. Nauka wspiera tam w walce przesądy i zabobony.
Dlaczego Tołstoj wydaje się tak dalece przewyższać Dickensa pod względem wyobraźni - dlaczego potrafi tak wiele powiedzieć nam o nas samych? Otóż nie dlatego, że ma więcej talentu czy nawet że jest od niego inteligentniejszy. Właściwa odpowiedź brzmi: dlatego, że pisze o ludziach, którzy rozwijają się w toku fabuły. Bohaterowie Tołstoja z trudem i w pocie czoła kształtują swoje dusze, podczas gdy bohaterowie Dickensa są od początku uformowani i doskonali. W mojej wyobraźni znacznie częściej goszczą postacie z Dickensa (są one też bardziej wyraziste) niż z Tołstoja, niemniej widzę je zawsze w określonej pozycji i usytuowaniu, niczym obrazy czy meble. Nie można prowadzić wyimaginowanej rozmowy z postacią z Dickensa, tak jak, powiedzmy z Pierre'm Bezuchowem. (...) bohaterowie Dickensa są pozbawieni życia wewnętrznego. Wypowiadają wyłącznie swoje kwestie, byłoby jednak niedorzecznością przypuszczać, że mogą rozmawiać także o innych sprawach. Nigdy niczego się nie uczą, obce są im wszelkie dociekania. Być może najbardziej skłonny do refleksji jest Paweł Dombey, jednak jego myśli to sentymentalna sieczka.
Ilekroć [Karol Dickens] występuje przeciwko przestępstwom czy też opisuje najgorszą, skrajną nędzę, wyczuwa się, że myśli przy tym: "ja na szczęście żyję porządnie i uczciwie".
Wejrzyjcie państwo w swoje serca i umysły, zastanówcie się, kim jesteście: Don Kichotem czy Sancho Pansą? Prawie na pewno i jednym i drugim. Owszem, bardzo chcielibyście zostać bohaterem albo świętym, lecz mieszka w was również mały tłusty facecik, który docenia w pełni walory życia i ratowanie skóry na grzbiecie. On jest waszym nieoficjalnym "ja", głosem brzucha sprzeciwiającym się duszy. Facecik ten lubi bezpieczeństwo, wygodne łózko, leniuchowanie, kufle zawsze wypełnione piwem, no i niewiasty o "lubieżnych" kształtach. To właśnie on wybija wam z głowy rozmaite wzniosłe zapatrywania, nalega, żebyście dbali przede wszystkim o siebie, puszczali w trąbę małżonków, uchylali się od spłaty długów i tak dalej. To, czy mu ulegacie, jest już inną kwestią.
Przejawia [Dickens] bezbłędne wyczucie moralne, lecz nie ma ani za grosz dociekliwości intelektualnej. Dotykamy w tym miejscu czegoś, co jest ogromnym niedostatkiem Dickensa i co sprawia, że wiek XIX wydaje się nam tak odległy - nie ma on żadnego ideału pracy.
Z wątpliwym wyjątkiem Dawida Copperfielda (czyli samego Dickensa) nie można wskazać żadnego bohatera jego powieści, dla którego przedmiotem głównego zainteresowania byłoby wykonywane zajęcie. (...) W każdym razie w ostatnim rozdziale typowej powieści Dickensa ktoś pojawia się, niczym deus ex machina, z workiem złota, no i główny bohater już odtąd nie musi walczyć o byt.
Dickens niezwykle wyraziście prezentuje postacie ludzkie, jednak zawsze w życiu prywatnym, jak "postacie", nie zaś jako członków społeczeństwa w przynależnych im rolach; innymi słowy, postrzega je statycznie. Stąd też największy sukces odniósł "Klub Pickwicka", który w ogóle nie ma fabuły, jest po prostu zbiorem szkiców; bohaterowie w znikomym stopniu podlegają rozwojowi - po prostu trwają sobie i trwają, popełniając idiotyzmy, zawieszeni w jakiejś osobliwej wieczności. Gdy tylko Dickens próbuje włączyć ich do akcji, rozpoczyna się melodramat. Nie potrafi bowiem uczynić ośrodkiem fabuły ich codziennych zajęć, stąd też bierze się owa powikłana sieć przypadków, intryg, zabójstw, przeobrażeń, spalonych testamentów, braci uchodzących za zaginionych i tak dalej, i tak dalej.
Dickens, choć obdarzony fantastyczną umiejętnością opisywania wyglądu, często pomija proces. Wyraziste obrazy, które tak łatwo zapadają w pamięć nam, jego czytelnikom, przedstawiają rzeczy osadzone w bezruchu i spokoju (...).
Język angielski ma dwie ważne charakterystyczne cechy, którym ostatecznie zawdzięcza istnienie sporo jego osobliwości. Oto i one: bardzo obszerny zasób leksykalny i prosta gramatyka.
(...) mentalność konspiracyjna, która rozwinęła się w państwach policyjnych Europy, to w Anglii spory handicap. Naród angielski w swojej masie nie akceptuje ideologii zdominowanej przez nienawiść i bezprawie. Okrutne ideologie z Kontynentu - nie tylko komunizm i faszyzm, lecz także anarchizm, trockizm, a nawet ultramontański katolicyzm - akceptuje tylko nasza inteligencja, która tworzy coś na kształt wyspy fanatyzmu na morzu ogólnej nieokreśloności. Rzecz znamienna: angielscy pisarze rewolucyjni z konieczności posługują się nienaturalnym językiem, w którym istotna frazeologia jest na ogół tłumaczeniem obcych wyrazów. Nie istnieją rdzenne angielskie słowa oddające idee, którymi ludzie ci zajmują się na co dzień.
W Anglii powszechnie potępia się prześladowanie słabszych, a poza tym popiera się słabszego tylko dlatego, że jest słabszy.
Anglikowi obce jest przeświadczenie właściwe hiszpańskiemu czy włoskiemu chłopu, że prawo to jedna wielka granda.
Z osobą Tołstoja, podobnie jak z Gandhim, zawsze łączyły się niejakie wątpliwości. (...) To prawda, Tołstoj wyrzekł się majętności, sławy i przywilejów, odrzucał też wszelkie formy przemocy i był gotów zapłacić za to, narażając się na cierpienie, niełatwo jednak dać wiarę, że odrzucił również zasadę przymusu czy bodaj też pragnienie, żeby zmuszać do czegoś innych. Bywają rodziny, w których ojciec mówi do dziecka: "Dostaniesz w ucho, jeśli jeszcze raz to zrobisz" - podczas gdy matka, której oczy szklą się od łez, bierze pociechę w ramiona i szepcze słodko: "Kochanie, czy to ładnie psocić tak mamusi?". No i kto zaprzeczy, że drugi sposób jest mniej tyrański niż pierwszy? Najistotniejsze nie jest bowiem rozróżnienie pomiędzy przemocą a jej odrzuceniem, lecz pomiędzy żądzą siły a nieodczuwaniem takiego pragnienia.
Trwała popularność "Podróży Gullivera" dowodzi, że światopogląd, który jedynie z najwyższym trudem spełnia kryterium normalności, wsparty potęgą przekonania, może dać początek wielkiemu dziełu sztuki.