- Czuję się bardzo dobrze, tylko że...Urwał. - Tylko że co? - Za chwilę umrę. Kozeta i Mariusz zadrżeli. - Umrzesz? - zawołał Mariusz. - Tak, ale to nic - odpowiedział Jan Valjean.
Kiedy taka ohyda ciąży na człowieku, nie ma on prawa dzielić jej z innymi bez ich wiedzy, nie ma prawa zarażać ich swoją chorobą, wpychać ich niepostrzeżenie w swoją przepaść, okrywać ich swoim czerwonym kaftanem, nie ma prawa podstępnie zakłócać swoją nędzą szczęścia innych. Zbliżać się do zdrowych i dotykać ich swym niewidzialnym wrzodem - to rzecz wstrętna.
Nie ulega wątpliwości, że jedna ze stron cnoty graniczy w jakiś sposób z pychą: istnieje między nimi most zbudowany przez szatana. Możliwe, że Jean Valjean był już nieświadomie blisko tej granicy i tego mostu, gdy Opatrzność zawiodła go do klasztoru Petit-Picpus. Dopóki porównywał siebie do biskupa, uważał się za niegodnego i był pokorny, ale od pewnego czasu zaczął się porównywać z innymi ludźmi i zbudziła się w nim pycha. Kto wie, może niepostrzeżenie doszedłby w końcu znów do nienawiści.
Dopóki człowiek chodzi po rodzinnej ziemi, wydaje mu się, że ulice są mu obojętne, że okna, dachy, bramy nic go nie obchodzą, że mury są mu obce, że drzewa to zwykłe, pierwsze lepsze drzewa, że domy, do których nie wchodzi, nie są mu potrzebne, że bruk, po którym stąpa, to tylko kamienie. Kiedy jednak opuści ojczyste strony, widzi, jak drogie są mu tamte ulice, jak brakuje mu tamtych dachów, tamtych okien, tamtych bram, jak potrzebne mu są tamte mury i jak ukochał tamte drzewa; i widzi, że do tamtych domów, do których nie wchodził, wstępował codziennie i że swe trzewia, krew i serce zostawił na tamtym bruku.
- Hm! Sprzykrzył mi się ten kaszlący król! Widziałem pijanego Karola Burgundzkiego, nie był tak złośliwy jak chory Ludwik XI. - Mistrzu Jakubie - odparł Rym - królowie mniej są okrutni po winie niż po rumianku.
Używać życia – jakiż to marny cel i jaka nędzna ambicja! Bydlę używa życia. Myśleć – oto prawdziwy triumf duszy. Zadaniem rzeczywistej filozofii jest napoić myślą spragnionych ludzi, dać im jako eliksir pojecie Boga, połączyć w nich wiedzę i sumienie i dzięki temu tajemniczemu zbrataniu uczynić ich sprawiedliwymi. Moralność to rozkwit prawd. Kontemplacja prowadzi do czynu. Absolut powinien wchodzić w życie. Umysł ludzki powinien oddychać, poić się i żywić ideałem. Ideał ma prawo powiedzieć: "Bierzcie i pożywajcie – to jest krew moja, to jest ciało moje." Mądrość - to komunia święta. Pod tym warunkiem przestaje być jałową miłością wiedzy, aby stać się jedynym i najwyższym sposobem zjednoczenia ludzkości, i z filozofii urasta do godności religii.
Dług – jego zdaniem - to początek niewoli. Twierdził nawet, że wierzyciel gorszy jest od zwierzchnika; zwierzchnik bowiem rozporządza tylko naszą osobą, a wierzyciel ma w swoim ręku naszą godność i może ja spoliczkować. Wolał nie jeść niż się zapożyczyć. Głodował przez wiele dni. Czując, ze wszelkie krańcowości stykają się i ze jeśli człowiek się nie pilnuje, poniżenie majątkowe może doprowadzić do poniżenia duchowego, zazdrośnie strzegł swojej dumy.
Prosty lud, zwłaszcza w średniowieczu, jest w społeczeństwie tym, czym w rodzinie jest dziecko. I dopóki trwa w stanie owej pierwotnej niewiedzy, owej małoletności umysłowej i moralnej, można powiedzieć o nim to samo, co o dziecku: "Wiek ten nie zna litości".
Wszyscy byli jako tako uzbrojeni. Bahorel i Jan Prouvaire odszukali ich i przyłączyli się do grupy. Enjolras miał myśliwską dwururkę, Combeferre karabin gwardii narodowej z numerem pułku, a za pasem dwa pistolety, które widać było spod rozpiętego surdutu; Jan Prouvaire - stary kawaleryjski muszkieton, Bahorel - karabin. Courfeyrac wymachiwał laską z obnażonym sztyletem. Feuilly z gołą szablą w dłoni kroczył na czele wołając: - Niech żyje Polska! Szli z wybrzeża Morland, bez krawatów, bez kapeluszy, zadyszani, przemoczeni deszczem, z błyskawicami w oczach. Gavroche zagadnął ich spokojnie: - Dokąd idziemy? - Chodź z nami! - rzekł Courfeyrac.
Walczmy, ale nie walczmy na ślepo. Prawda ma tę właściwość iż jest wolna od przesady. Bo na cóż jej przesada? Są rzeczy, które trzeba zniszczyć, i są rzeczy, które trzeba po prostu oświetlić i obejrzeć. Zbadanie życzliwe i poważne – to potęga! Nie wnośmy płomienia tam, gdzie wystarczy światło.
Eponina i Anzelma nie patrzyły na Kozetę; była dla nich czymś w rodzaju psa. Te trzy małe dziewczynki nie miały razem dwudziestu czterech lat, a już stanowiły obraz społeczeństwa ludzkiego; z jednej strony zawiść, z drugiej – pogarda.
Żadne pragnienie nie ziszcza się całkowicie, przynajmniej na tym padole. W epoce, w jakiej żyjemy, żaden raj nie zstępuje na ziemię.
Jama ta mieści się pod wszystkimi innymi podkopami i jest ich nieprzejednanym wrogiem. Nienawidzi wszystkiego bez wyjątku. Ta jaskinie nie zna filozofów; sztylet jej nigdy nie zaostrzył pióra. Jej czarność nie ma nic wspólnego ze szczytną czernią atramentu. Nigdy palce tej nocy, które kurczą się pod trującym duchotą sklepieniem, nie dotknęły kart książki, nie rozłożyły dziennika. (. . .) Ta jaskinie chciałaby zniszczyć wszystko.
(...) ale byli studentami, a student to paryżanin; uczyć się w Paryżu – to tyle samo co się w Paryżu urodzić. Czterej ci młodzieńcy nie odznaczali się niczym; pełno takich wszędzie; cztery próbki pierwszego lepszego przechodnia; ani dobrzy, ani źli, ani wykształceni, ani nieucy, ani geniusze, ani głupcy; piękni tym urokiem kwietniowym, któremu na imię: dwadzieścia lat.
Jak to! Przysłałem ci złoto i przynoszę krew, a ty płaczesz jeszcze! Chyba nie jesteś z rodu ludzkiego?
Oto rzucą się żebyś gnił w jakiejś kostnicy, gdzie będziesz pastwą robactwa i żerem dla sępów - Będę więc podobny do żyjących, których bezustannie oskubują mali, a pożerają wielcy.
Istnieją dusze – raki ciążące zawsze ku ciemności, cofające się raczej niż kroczące naprzód; korzystają one z nabytego doświadczenia, by jeszcze powiększyć swoje ułomności; z dnia na dzień stają się gorsze i coraz bardziej pełne narastającego wciąż mroku.