Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty rosyjskich pisarzy

Zobacz listę pisarzy

Zobacz listę rosyjskich pisarzy

Pisarze wg. narodowości

Byłeś niegdyś skrajnie niecierpliwy, wciąż się spieszyłeś i stale brak ci było czasu. Teraz masz go aż nadto, syt jesteś aż po dziurki w nosie tych miesięcy i lat – ubiegłych i przyszłych. I oto krążyć zaczyna w twoich żyłach błogi, uspokajający eliksir cierpliwości.

Ale raptem - nie dbając o prawa ekonomii ani rozwoju społecznego - zatrzymała się stara, opieszała, brudna krew w żyłach tej przysadzistej, dziobatej jednostki.

Tak to już jest: oni mogą każdego pozbawić wolności, nie dręczą ich wyrzuty sumienia. Jeśli zaś ktoś z nas zechce odzyskać tę wolność, wyrwać im ją z łap - to żądają od niego w zamian życia, jego własnego życia, i życia każdego, kogo on po drodze spotka.
Im wolno wszystko, a nam nic. Oto dlaczego są od nas silniejsi.

Mężczyźni naszej epoki, całą swoją energię trwoniący na zdobywanie zarobku, stanowiska, władzy, utracili gen miłości wyższego rzędu. Inaczej z kobietami - dla nieomylnego instynktu niewieściego zbliżenie erotyczne jest tylko pierwszym stopniem prawdziwego, intymnego powinowactwa. (…) Zazdrość wypływa z urażonej miłości własnej. Prawdziwa miłość, nie znajdując echa, więdnie raczej i kostnieje, lecz nie przekształca się w zazdrość. Nie tylko nauka, sztuka i religia, lecz również miłość jest sposobem poznania świata.

Pochyliła się ku niemu Asia blisko, bliziutko i podsunęła pierś.
- Całuj! Całuj! - czekała, ponaglała, żądała.
I wdychając żywe, podarowane mu ciepło, z zachwytem i wdzięcznością zaczął jak prosiak miętosić łapczywymi ustami tę giętką sprężystość, zaklętą w kształt tak doskonały, że żaden malarz ani rzeźbiarz nie zdołałby stworzyć piękniejszego.
Łzy Asi kapały na jego ostrzyżoną głowę.
Nie odsuwała się, nie zabierała piersi, więc znowu i znowu powracał do sutka i delikatnie robił ustami to, czego nigdy nie zrobi z tą piersią przyszłe dziecko Asi. Nikt nie zaglądał do salki i Diomka bez końca obcałowywał nawisłe nad nim cudo.
Dziś cudo - a jutro do kubła.

Stary wróg, tłusty Churchill, świnia w sam raz na szaszłyk, przyleciał, żeby nacieszyć się cudzym nieszczęściem i wypalić na Kremlu parę cygar. Zdradzili Ukraińcy (w 44-ym roku roił mu się taki zamiar, żeby wysiedlić całą Ukrainę na Sybir, tylko kto by ich zastąpił, za dużo ich); zdradzili Litwini, Estowie, Tatarzy, Kozacy, Kałmucy, Czeczeńcy, Ingusze, Łotysze - nawet Łotwa, ta podpora rewolucji! I nawet swoi, to znaczy Gruzini, których chronił przed mobilizacją - też jakby czekali na Hitlera. I wiernymi swojemu Ojcu okazali się jedynie Rosjanie i Żydzi.
W ten sposób nawet kwestia narodowa, jego specjalność, zadrwiła sobie z niego... Ale, chwała Bogu, również te kłopoty się skończyły. Sporo zyskał, gdy udało mu się ograć Churchilla i tego świętoszka Roosevelta. Tak, jak teraz z tymi dwoma niedorajdami, udało mu się tylko raz, na początku lat dwudziestych. Kiedy miał odpowiadać na ich listy albo kiedy w Jałcie przerywał rozmowy i wracał do swoich komnat - to ledwie tłumił śmiech. Działacze państwowi! Uważają się za mędrców - a tymczasem głupi jak oseski. Wciąż wypytują: a jak to będzie po wojnie, jak to będzie? Wysyłajcie tymczasem samoloty, przysyłajcie konserwy, a jak się później świat urządzi, to dopiero zobaczymy. Rzuci im człowiek jakieś słówko, byle jakie słówko, a ci już się cieszą, już je wpisują do protokołu. Zrobi człowiek wzruszoną, życzliwą minę, a ci rozpływają się w dwójnasób. Dostał od nich za bezdurno, za funt kłaków: Polskę, Saksonię, Turyngię, własowców, kozaków Krasnowa, Wyspy Kurylskie, Sachalin, Port Artura, pół Korei, omotał ich nad Dunajem i na Bałkanach.

Przywódcy chłopskich stronnictw zwyciężali w wyborach i od razu szli do więzienia. Żwawo załatwiono Mikołajczyka, Beneszowi serce nawaliło, Masaryk wyleciał przez okno, kardynał Mindszenty przyznał się do zbrodni, a Dymitrow w kremlowskim szpitalu, na kardiologii, wyrzekł się swojego głupiego pomysłu Federacji Bałkańskiej.
I posłano do obozów wszystkich sowieckich ludzi, którzy zasmakowali europejskiego życia. I wrzepiono następne dziesięć lat wszystkim, którzy tylko raz siedzieli.
No, teraz już wszystko zaczynało dobrze się toczyć, tak się zdawało.

Zaufał zaś - jednemu tylko człowiekowi, jemu jedynemu w ciągu całego swego, pełnego podejrzeń, życia. Ten człowiek na oczach całego świata okazał tyle zdecydowania i w przyjaźni, i w nienawiści, z takim rozmachem obrócił hołoble, żeby podać przyjazną dłoń wczorajszemu wrogowi. To nie był gaduła, to był człowiek czynu.
I Stalin mu wierzył.
Człowiekiem tym był Adolf Hitler.
Z aprobatą i złośliwą uciechą Stalin przyglądał się, jak Hitler gromił Polskę...

I oto ufny czytelnik gazet, mały człowiek, przekracza z bijącym sercem próg sali sądowej, z przekonaniem że słuszność jest po jego stronie, ze wszystkimi argumentami w zanadrzu - i z przejęciem je wysypuje przed senne oczy sędziów, nie wiedząc wcale, że wyrok już zapadł i zmienić złowrogi, tendencyjny werdykt, który przepali mu pierś węglem krzywdy.

Prawa nie ma. Jest tylko - mur. I spoiwem cegieł tego muru jest kłamstwo.

Sędzia Awdiejewa tłamsi swoich ławników jak lwica parę jagniąt. (A propos - gdzież ci siwobrodzi, czcigodni sędziowie? Pełno teraz przebiegłych i szczwanych bab na stanowiskach sędziów). Ma na głowie grzywę, mówi męskim tonem, głos jej wibruje metalicznie i drży, gdy sama się upaja wzniosłością własnych formuł. Skoro tylko rozprawa przybiera obrót niezamierzony - Awdiejewa wpada w gniew, bije ogonem, pąsowieje, odbiera głos niepożądanym świadkom, próbuje zbić z pantałyku składających zeznania nauczycieli: "Więc ośmielacie się wątpić w rzetelność sowieckiego sądu?". "Jak mogło wam przyjść do głowy, że ktoś instruował dzieci? Widocznie sami uczycie dzieci kłamstwa?", "A kto właściwie był inicjatorem listu zbiorowego do wyższej instancji?". (W kraju socjalizmu niedopuszczalna jest sama idea akcji zbiorowych, kolektywnych działań! - kto? kto? kto?).

Jak to jest, że na żyznej rusi nie ma co jeść?

Chorobrow zawahał się, ale poszukał artykułu Aleksego Tołstoja, który tego nazwiska nie powienien był używać, gdyby miał trochę sumienia. Zanalazł słowa pisane w czerwcu czterdziestego pierwszego roku: "Niemeieckie żołdactwo, zmuszone do walki terrorem i ogarnięte szałem, natknęło się na granicy na mur żelaza i ognia". Chorobrow zaklął szeptem, zatrzasnął i odrzucił tom. Do jakiejkolwiek książki zaglądał, zawsze dostawał z niej dziucha w punkt najbardziej bolesny, wszystko stało się jednakowo bolesne. Na swoich podmoskiewskich, świetnie urządzonych daczach, gdzie lodówki elektryczne zainstalowano jeszcze przed wojną, ci rządcy dusz pozwalali sobie na ton wszechwiedzącej wyroczni, chociaż słuchali tylko radia i widzieli tylko swoje klomby. Półpiśmienny kołchoźnik wiedział o życiu więcej od nich.

s. 201.

Prawda jest wstydliwa, milknie gdy kłamstwo zbyt bezczelnie się panoszy.

...tylko ci są naprawdę interesujący, którzy zrezygnowali z robienia kariery. A kto ją robi, z tym strasznie nudno.

Obóz podpowiedział mi sposób postępowania: nie sprzeciwiać się głośno, tylko w milczeniu — za to czynnie. Wraz z innymi wysłuchałem pokornie rozkazu, ale o piątej wieczór podniosłem się z mego krzesła i wyszedłem. Wróciłem dopiero o dziesiątej rano. Moi koledzy wszyscy już byli na miejscu, rachując albo udając, że rachują. M-z aprobował w głębi ducha moje postępowanie, ale sam się nie zdecydował na nic podobnego; szepnął mi, że wczoraj wieczorem dyrektor stanął przy moim pustym biurku i zaczął krzyczeć, iż zapędzi mnie w głąb pustyni, o sto kilometrów stąd. Przyznam, że strach mnie obleciał: oczywiście, MWD mogło zrobić ze mną wszystko, co chciało. I posłaliby mnie na pustynię! I z odległości 100 kilometrów figę bym widział, a nie rejonowe miasto. Ale miałem szczęście: trafiłem na Archipelag już po zakończeniu wojny, czyli że nie zaznałem na nim już najgorszego; a na zesłanie przyjechałem już po śmierci Stalina. W ciągu miesiąca coś zdążyło się przesączyć nawet tutaj — aż do naszej komendantury. Niepostrzeżenie zaczynała się nowa epoka — trzy lata największego odprężenia w dziejach Archipelagu. Dyrektor nie wezwał mnie do siebie i nie przyszedł gromić mnie osobiście. Przepracowałem cały dzień, jedyny trzeźwy wśród tłumu zamroczonych snem — i znów zdecydowałem się na wyjście o piątej po południu. Niech będzie co chce, byle prędzej. Który to już raz zdałem sobie sprawę, że poświęcić można wiele, ale nie to co najważniejsze. Nie chciałem rezygnować z pisania tej sztuki, którą układałem w pamięci jeszcze w katorżniczym specobozie — i wygrałem. Wszyscy pracowali nocami przez cały tydzień — i przyzwyczaili się, że moje biurko jest puste. A dyrektor, mijając mnie na korytarzu, odwracał głowę.

I tu zrozumiałem, co to jest polska duma — i na czym polegał sekret polskich powstań, tak pełnych zapamiętania. Polak, inżynier Jerzy Węgierski był teraz w naszej brygadzie. Odsiadywał ostatni, dziesiąty rok swojej kary. Nawet gdy był kierownikiem robót, nikt nie słyszał od niego ostrego słowa. Był zawsze cichy, uprzejmy, wyrozumiały. A teraz — twarz mu się zmieniła. Z gniewem, pogardą i męką odwrócił oczy od tego żebraczego orszaku, wyprostował się i krzyknął ze złością, donośnie: — Brygadzisto! Mnie proszę na kolację nie budzić! Ja nie pójdę! Wdrapał się na górne nary, odwrócił się do ściany — i nie wstał. Myśmy w nocy poszli jeść — a ten nie wstał! Nie dostawał paczek, był zupełnie sam, nigdy nie bywał syty — a nie wstał. Para unosząca się nad gorącą kaszą nie mogła mu przesłonić obrazu bezcielesnej Wolności.
Gdybyśmy wszyscy byli tak dumni i nieustępliwi — to jaki tyran by się ostał?

Łatwiej było za czasów Aleksandra II przechowywać w domu dynamit, niż za czasów Stalina dać przytułek sierocie, dziecku wroga ludu.

- BĄDŹ BŁOGOSŁAWIONE WIĘZIENIE!
Miał rację Lew Tołstoj marząc o tym, aby znaleźć się w więzieniu. W którejś chwili ten gigant zaczął usychać. Więzienie było mu istotnie potrzebne, jak ulewa wysychającej glebie.
Wszyscy literaci, którzy pisali o więzieniach, ale sami nigdy w nich nie siedzieli - uważali, że mają obowiązek manifestować współczucie do uwięzionych, więzienia zaś - przeklinać. Sporo się tam nasiedziałem, dusza moja tam się ukształtowała i oto powiadam stanowczo:
- BŁOGOSŁAWIONE BĄDŹ WIĘZIENIE, za to żeś było w moim życiu!
(A z głębi mogił dochodzi mnie odpowiedź - Dobrze ci gadać, skoroś życie zachował!).

Do zasług XX wieku należy zaliczyć Proces Norymberski: niszczył on samą złą ideę - bardzo niewielu zarażonych nią ludzi likwidując przy tej okazji (oczywiście, nie jest to zasługa Stalina, już by on tam wolał mniej gadania, za to więcej egzekucji). Jeżeli na progu XXI wieku ludzkość nie wysadzi się sama w powietrze ani się nie zadusi - może ten kierunek zwycięży?...Jeśli nie odniesie sukcesu - to cała historia ludzkości sprowadzi się do dreptania w miejscu, bez treści i sensu! Dokąd to ciągniemy i po co? Bić wroga pałą? To umiał już człowiek jaskiniowy.