- Gnijesz, rozpadasz się! (...) Tak wygląda ludzkość, jeśli ty ją reprezentujesz. (...)
Winston zaczął się ubierać, powoli i niedołężnie. Do tej pory jakoś nie zauważył, że jest taki chudy i słaby. W jego głowie kołatała się jedna myśl: musi tu być znacznie dłużej, niż sądził. (...) Opadł bezwolnie na stołek przy łóżku i wybuchnął płaczem. Mimo świadomości, jak okropnie, wręcz odrażająco wygląda w ostrym, jaskrawym świetle - szlochający worek kości w cuchnącej bieliźnie - nie mógł pohamować łez.
O'Brien niemal dobrotliwym gestem dotknął jego ramienia.
- Twoja męka kiedyś się skończy - rzekł. - Jeśli tylko zechcesz, przestaniesz cierpieć. Wszystko zależy od ciebie.
- (...) To wy doprowadziliście mnie do tego stanu! - zaszlochał Winston.
- Nie, Winston, sam się doprowadziłeś. Sam wybrałeś tę drogę, kiedy postanowiłeś sprzeciwić się Partii. Wszystkie następstwa wynikły z twojego pierwszego kroku. Nie spotkało cię nic, czego nie mogłeś przewidzieć. (...) Pokonaliśmy cię. (...) Nie sądzę, aby zostało w tobie wiele dumy. Kopano cię, bito, lżono; wrzeszczałeś z bólu, tarzałeś się po ziemi we własnej krwi i we własnych wymiocinach. Skamlałeś o litość, zdradziłeś wszystkich i wszystko. Czy znasz choć jedno poniżenie, które cię ominęło?
Winston (...) podniósł wzrok na O'Briena.
- Nie zdradziłem Julii.
(...) Ktoś inny natychmiast odparłby, że przecież zdradził Julię. Bo czyż nie złożył wyczerpujących zeznań podczas tortur? Poinformował dokładnie śledczych o jej zwyczajach, charakterze, przeszłości; wyjawił w najdrobniejszych szczegółach przebieg spotkań i treść rozmów; opowiedział o posiłkach przyrządzanych z czarnorynkowych artykułów, o cudzołóstwie, o nie sprecyzowanych knowaniach przeciwko Partii - o wszystkim. A jednak, w tym sensie, w jakim rozumiał to słowo, nie zdradził Julii. Nie przestał jej kochać. Jego uczucia wobec niej pozostały takie same.