Nienawidzę bibliotek. Książka z biblioteki jest jak facet, który miał mnóstwo kobiet. Przychodzi do ciebie i czujesz, że pachnie kimś innym. Niby go kochasz, chcesz z nim być, chcesz to wszystko pojąć, ale wiesz, że był dotykany przez inne. Najgenialniejsza książka odpada, kiedy jest poplamiona, popisana. Ktoś ją miał, ktoś ją czytał i ktoś swoim tłustym wzrokiem próbował skumać, o co w niej chodzi.
Zarzucano mi, że moje teksty emanują agresją. Ja nie namawiam do niczego, nie stwarzam podziałów. Opowiadam, a to jest różnica, której ludzie nie zauważają. Opowiadam, że jedna się puściła i nie wyszło, że gość wziął kwas i ledwo to przeżył, ze dziewczyna siedziała w domu i chlała przez cały dzień. Mówię: „nienawidzę cię”, ale nikogo nie namawiam do nienawiści…
Ciąża jak granat wysadziła w powietrze całe moje życie. Poczułam, że już nie pasuję do tamtej zadziornej dziewczyny. Odstawiłam alkohol. Po dwunastu latach picia wytrzeźwiałam. A ostrość widzenia rzeczywistości bez promili kompletnie mnie powaliła.
Bunt wynika z tego, że nie znasz życia. Buntujesz się przeciwko temu, co zauważasz i czego nie potrafisz zrozumieć. Kiedy zaczynasz wszystko rozumieć, mówisz: „Aha!” i masz siedemdziesiąt lat. Nie chcę dożyć momentu, kiedy w moim życiu wszystko będzie jasne.
Autorytetem i ideałem w dziedzinie śpiewania jest dla mnie Janis Joplin. Jeśli ktoś mówi mi, że śpiewam zupełnie jak Janis Joplin, to czuję się zawstydzona i myślę, że Janis, słysząc to, przekręca się w grobie. Dla mnie jest tak niedoścignionym ideałem, że nawet nie patrzę w jej stronę. Słucham jej i moim marzeniem jest śpiewać choć w jednej milionowej tak doskonale, jak ona.
Nie wiem, czy chcę, żeby ludzie wiedzieli, że ja tak bardzo czuję. Nie chcę ludziom pokazywać, że się czasami boję, że mam swoje strachy, słabości, bo mogą powiedzieć – aha, to ty jesteś zwyczajna… I machną na mnie ręką. Więc czasami lepiej nie mówić – niech sobie myślą że jestem „stalową damą”. Najważniejsze, żeby przed sobą nie udawać. Bo ja po koncercie mogę sobie powiedzieć, no Chylińska, chujowo było, albo zwierzyć się mojemu chłopakowi, Krzyśkowi, ale nauczyłam się nie zwierzać postronnym, a szczególnie fanom. Jak powiem: „Łeb mnie boli”, to oni tego nie skumają. „Boli Cię głowa, naprawdę?” Ja powiem: „Stary, po pięćdziesięciu koncertach…” A oni powiedzą: „To zajebiście. Ale ty masz fajne życie”. Popełniam jeszcze takie błędy i ludzie się wtedy gubią.
Jestem z siebie dumna. I co chyba najważniejsze, wreszcie siebie pokochałam. Bo zrozumiałam, że jestem potrzebna. Nikomu nie muszę już nic udowadniać. Mój syn mnie uwielbia, a ja jego. To się liczy.
Gdy w słoneczny letni dzień masz do wyboru: siedzenie nad trygonometrią albo perspektywę koncertów, to wiadomo, że wybierzesz to drugie.
Momentem wyjścia, właściwie tej całej zmiany, to było pokochanie i zaakceptowanie tego, co było. Począwszy od żalu ogromnego, który miałam do kolegów, który z upływem czasu zamienił się w ogromną wdzięczność. Za to, co dla mnie zrobili, za to, że mi zaufali. Osiemnastoletniej gówniarze, która przyszła znikąd, nie miała żadnego doświadczenia, gówno wiedziała w ogóle o czymkolwiek. I oni taką mnie wzięli. I oni mi dali nieprawdopodobną szansę, którą wykorzystałam. I niektórzy z nich byli obrażeni, że pisklak wyrósł na kogoś większego, fajniejszego.
Mam nadzieję, że ci, którzy słuchali Kiedy powiem sobie dość w 1996 roku, dzisiaj też mają trzydzieści kilka lat i dorośli wraz ze mną. A jeśli nie, to trudno. Nie mam już ochoty walczyć o kogokolwiek.
Szalenie imponował mi, na przykład, Goethe, głównie Faustem jako takim niesłychanie śmiałym i kolosalnym zamierzeniem intelektualnym. Czytałem go w oryginale, toteż miałem przy okazji sposobność stwierdzić, iż polski czytelnik nie zna w istocie tego dzieła, bo polskie przekłady są zupełnie idiotyczne, w najmniejszej mierze nie oddają bogactwa i głębi tego utworu.
Jestem za młody na to, żeby pamiętać erę pojedynków Kasparow – Karpow. Dla mnie idolem zawsze był Viswanathan Anand.
Jeśli były jakieś debiuty, które trzeba było sprawdzić, to nad tym pracowała. Może się to wydawać dziwne, ale akurat w tych mistrzostwach miałem wsparcie od żony nie tylko mentalne, ale też stricte szachowe.
W mojej karierze szachowej nigdy nie byłem zmotywowany do osiągania konkretnych celów. Zawsze zależało mi na nauce, aby być lepszym za każdym razem, gdy gram. Teraz mam cel, aby być pierwszym graczem, który osiągnie 2900 punktów rankingowych w szachach. Najważniejsza jest ścieżka, która mnie tam zaprowadzi.