Weszło w obyczaj, z duchem z zbrojnego powstania niezgodny, urzędowanie. Ledwo nie kto w Boga wierzył, chciał urzędować w Warszawie – urzędować koniecznie i świetnie. To trwało aż do ostatka. Familiami, prowincjami, grupami rzucano się tedy do urzędów, jakby naród dlatego tylko powstał, ażeby pewnym osobom i zbiorom osób w nagrodę dawnych zasług, nabytych reputacyj, przecierpianych pod moskiewskim uciskiem prześladowań do tego niewczesnego popisu otworzyć pole. Ten siedział lat parę w więzieniu – a więc zrobić go ministrem! Ów pod przeszłym rządem otrzymał niezasłużoną dymisję z rządu, z sejmu lub z rady obywatelskiej – a więc zrobić go przynajmniej zastępcą ministra! Innego wielki książę skrzywdził osobiście – a więc zrobić go zastępcą radcy stanu! Bez względu na szczególność fachu, na specjalność zatrudnienia, szlachta wprost od pługa chwytała podczas wojny posady główne (…).
No, czuje, dość dużo czuje – ale po francusku.
Najpierw zabijali działaczy PPR, z czasem cała ich działalność ograniczyła się do rabowania.
Wy w wojnę beze mnie nie leźcie, wy ją beze mnie przegracie.