Gdy się obudziłem, świt zaglądał w okno. Migające ogniki na mostach już bladły. Zorza rozlała się płomienistą falą po horyzoncie. Rzeka była jeszcze ciemna i tajemnicza, tylko gdzieniegdzie na zimnych, ponurych mostach igrało ciepłe zarzewie pożaru gorejącego na niebie. Kiedy patrzyłem na ściśnione dachy domów, wieże i szczyty kościelne, obrzynające się na tle jasnego nieba, weszło słońce i jakby ciemna zasłona spadła z rzeki, a jej powierzchnia rozbłysła milionami iskier. Wtedy i ja poczułem siły i rzeźwość.
