Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty Amerykanów

Zobacz listę Amerykanów

Amerykanie wg. profesji

...zazwyczaj pokonywałem tę trasę samochodem - częściowo ze względu na lęk przed lataniem, częściowo zaś w związku ze strajkiem kontrolerów ruchu lotniczego oraz jego konsekwencjami, czyli wyrzuceniem na bruk przez Reagana wszystkich strajkujących. (Wygląda na to, że Reagan gorąco popiera związki zawodowe wyłącznie wtedy, jeśli działają w Polsce).

- Poza tym pisarz pracuje, nawet kiedy nie siedzi za biurkiem.

Duchy? byłem z duchami za pan brat.

Światło sprawiło, że poruszyła się i odwróciła głowę. Z namysłem przyjrzał się delikatnej, giętkiej łodydze jej szyi, łagodnej krzywiźnie czaszki. Tyle mocy w tej małej, kruchej kolebce z kości. Czy to może być prawda?

Rainbird widział, jak ten szaleniec zastrzelił kiedyś z pistoletu maszynowego kobietę w ciąży i jej sześciomiesięczny płód wypadł, roztrzaskany, z rozprutego brzucha; to – powiedział im wariat – jest aborcja w stylu West Point.

Wychowywała mnie samotna matka, która nieustannie się przeprowadzała. […] Może jedynie próbowała znaleźć naszego ojca, który narobił długów, a potem uciekł. […] Jeśli tak było, to nigdy nie udało jej się go odszukać. Tak więc moja mama, Nellie Ruth Pillsbury King, była jedną z pierwszych wyzwolonych amerykańskich kobiet, ale nie z wyboru.

Oczy umierającego dziecka mogą mieć inny wyraz, może w nich być coś oprócz zdziwienia, które sprawia, że czuje się taki pusty i – tak, to prawda – smutny.

Podał Andy’emu piątkę i Andy nagle się rozpłakał. Nie bardzo, ale się rozpłakał.
- Nie, kolego – powiedział łagodnie kierowca, lekko dotykając jego szyi. – Żyje się krótko, a potem się umiera i znaleźliśmy się na ziemi po to, by pomagać sobie nawzajem.

Bóg czuwa nad pijakami i dziećmi.

Powietrze kuło go w gardło jak ścięte siano.

Czuł się rześki i świeży, każdy zmysł miał doskonale wyostrzony i w jakiś sposób niewinny. Pamiętał, że kiedyś czuł się tak jako dziecko, kiedy budził się w sobotni ranek, wiedząc, że rower czeka na niego w garażu, i czując, że ma przed sobą cały weekend jak karnawał marzeń, podczas którego wszystko można dostać za darmo.

Kiedyś nadejdzie czas porachunku. Kiedyś powstanie książka, nie tak łagodna i rozważna jak w pierwszym zamiarze, ale studium ostre niczym szlifowany kamień, z fotografiami i tak dalej. Przeanalizuje w niej dzieje Panoramy, plugawe, kazirodcze przechodzenie z rąk do rąk i całą resztę. Poda to wszystko czytelnikom jak pokrajaną langustę.

Pan Ullman każe jednego dnia ogrzewać skrzydło zachodnie, drugiego środkowe, a trzeciego wschodnie. Czy to nie wariat? Nie cierpię tego małego skurwiela. Jap-jap-jap przez cały boży dzień, przypomina takiego pieska, co to ugryzie cię w kostkę, a potem biega w kółko i siusia na dywan. Tylko jedno mu w głowie. Jak człowiek patrzy, to żałuje, że nie ma strzelby.

Tony stanął dokładnie na wprost niego i Danny patrzył jakby w magiczne zwierciadło, widział siebie za dziesięć lat, z szeroko rozstawionymi, bardzo ciemnymi oczami, z mocno zarysowanym podbródkiem, ładną linią ust. Włosy miał jasnoblond jak matka, a jednak rysy nosiły piętno ojca, jak gdyby Tony – jak gdyby ten Daniel Anthony Torrance, którym kiedyś będzie – stanowił coś pośredniego między ojcem a synem, był duchem, zlepkiem ich obu.

Ale od czego zacząć? Od Jacka Torrance’a. Głęboko nieszczęśliwego człowieka, który nie sprawdził się jako nauczyciel, pisarz i mąż. Jak baseballiści nazywają trzykrotne wyautowanie pałkarza? Złotym Sombrero?

Jack wziął od syna pudełko. Był to model samochodu. […] Nad opuszczonym dachem volkswagena sterczała głowa olbrzymiego, pokrytego brodawkami potwora, kurczowo zaciskającego ręce na kierownicy. […]
- To mi się u ciebie podoba, stary – zauważył, zwracając pudełko. – Lubisz rzeczy spokojne, stonowane, introspekcyjne. Bez wątpienia jesteś dziecięciem mych lędźwi.

Nie, to doprawdy obojętne, tyle że patrząc na stojak z młotkami, z których jednego brakowało, ulegał swoistej fascynacji. Przyłapał się na myśli o dźwięku, z jakim obuch młotka uderza w drewnianą kulę. Miły, typowo letni odgłos. Widok kuli toczącej się po
(Kość. Krew.)
żwirze wywołuje obrazy
(Kość. Krew.)
mrożonej herbaty, bujanych kanap ogrodowych, pań w białych, słomkowych kapeluszach, bzykających komarów i
(niegrzeczni mali chłopcy, którzy nie trzymają się reguł gry)
wszystkich tych rzeczy.

Para grubych, niebieskich rękawic upadła Hallorannowi na kolana.
- Przydadzą się, jak pan drugi raz zjedzie z drogi. Jest zimno. Radzę je włożyć, jeśli nie chce pan do końca życia dłubać w nosie szydełkiem.

Panie stojące w drzwiach wróciły do kuchni. Niektórzy spoglądali na zegarki. Komuś zaburczało w żołądku. Patrząc na setkę zgromadzonych w sali alkoholików, Dan uświadomił sobie coś zdumiewającego: to, co zrobił, nie wzbudziło w nich wstrętu. Nawet nie zaskoczyło. Słyszeli gorsze rzeczy.

- Wydawało mi się, że dobrze ci na Eliot Street. Pauline Robertson myśli, że srasz fiołkami. Wiem to, bo śpiewam z nią w chórze kościelnym.
- Jaki jest twój ulubiony hymn? - spytał Dan. - „Uwielbiajcie Pana, psia mać wasza w mordę kopana?”
Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.