Daj mi sześć godzin na ścięcie drzewa a spędzę pierwsze cztery na ostrzeniu siekiery.
Chce zginąć śmiercią walecznych.
Oby wszystkie drzewa rodziły takie owoce!
Nigdy nie stosuję się do godzin; godziny są zrobione dla człowieka, a nie człowiek dla godzin.
Tak pośniadwszy należycie, szedł do kościoła, gdzie za nimi nieśli w dużym koszyku srogi brewiarz, pięknie oprawny, ważący – tak dla swej tłustości, jak dla zamków i pergaminów – mniej więcej jedenaście pudów i sześć funtów. Tam słuchał dwudziestu sześciu do trzydziestu mszy: przez ten czas przebywał jego kapelan opatulony jak dudek i z oddechem zionącym bardzo przyjemnie, a to dzięki obfitemu przepłukaniu gęby sokiem winnym. Z tym mamrotał swoje pacierze i różańce, a tak uważnie je przebierał, że ani ziarenko nie upadło na ziemię. Gdy wychodził z kościoła, przywożono mu, na wózku zaprzężonym w woły, jeszcze kupę różańców świętego Klaudiusza, każdy wielkości dobrej czaszki ludzkiej; za czym, przechadzając się po krużgankach i ogrodach klasztornych, odmawiał ich tyle, że zapędziłby w kąt szesnastu pustelników.
Skoki nie wymagały ode mnie aż takiej wytrzymałości. Liczyła się siła odbicia i konkretny element. Teraz w cross country muszę dużo bardziej pracować nad kondycją i techniką. Sporo czasu spędzam na treningach, przez kilka godzin wykonując zadanie.
Widzieć ciebie jedną chwilę, Potem spędzić godzin tyle Bez twych oczu, twego głosu — I mam chwalić hojność losu!
Twoja dusza to ciemny las, ale drzewa należą do poszczególnych gatunków bo to są drzewa genealogiczne.
Cóż ja jestem? Liść tylko, liść, co z drzewa leci. Com czynił – wszystko było pisane na wodzie. Liść jestem, co spadł z drzewa w dalekim ogrodzie, Wiatr niesie go aleją, w której księżyc świeci.
Jeśli głowa firmy nie pracuje 12 godzin dziennie, robiąc rzeczy, podejmując ryzyko a także stojąc ze swoimi ludźmi w okopach podczas najtrudniejszych chwil, to firma coś traci.
Płacze pani Słowikowa w gniazdku na akacji, Bo pan Słowik przed dziewiątą miał być na kolacji, Tak się godzin wyznaczonych pilnie zawsze trzyma, A już jest po jedenastej - i Słowika nie ma! (...) Nagle zjawia się pan Słowik, poświstuje, skacze... Gdzieś ty latał? Gdzieś ty fruwał? Przecież ja tu płaczę! A pan Słowik słodko ćwierka: "Wybacz, moje złoto, Ale wieczór taki piękny, ze szedłem piechotą!"