- Ale najlepiej - obśliniła się nieco - to mi wygodził wonczas nie żaden król i nie biskup, ale jeden poeta, Toskańczyk. Marzenie, nie chłop. Nie dość, że jurny, to w dodatku gadał z nich wszystkich najpiękniej. Ha, kot ma być łowny, a chłop mowny. Och, jak on mołwić potrafił...Wierszem nawet. Zwali go...Hmm...Z imienia był jako ten święty z Asyżu...A nazwisko...Niech no wspomnę...Licho by to...Rurka? Petrurka?
- Może... - zająknął się Reynevan - Może Petrarca? Francesco Petrarca?
- Może - zgodziła się babka. - Może, synku. Kto by po tylu latach spamiętał.
