Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty amerykańskich prawników

Zobacz listę prawników

Zobacz listę amerykańskich prawników

Prawnicy wg. narodowości

Przypomniałem sobie, jak Papaw kupił mi wiatrówkę z celownikiem optycznym. Osadził ją w imadle na stole w swoim warsztacie i zaczął strzelać do tarczy. Po każdym strzale korygował celownik, tak by nitki lunety przecinały się w miejscu, w które uderzyła śrucina. A potem nauczył mnie, jak strzelać: że trzeba skupić wzrok na przyrządach celowniczych, a nie na samym celu, i jak wypuszczać powietrze przed strzałem. Po latach instruktorzy strzeleccy na unitarce w Korpusie Piechoty Morskiej mówili nam, że ci, co już „umieją” strzelać, wypadają najgorzej, bo źle nauczono ich podstaw. Tak też było, poza jednym wyjątkiem: mną. Dziadek doskonale wpoił mi podstawy strzelania, więc z M16 zostałem sklasyfikowany w najwyższej kategorii, jako ekspert, a wyniki strzelania miałem jedne z najlepszych w całym plutonie.

Politolodzy zmarnowali miliony słów na próby wyjaśnień, czemu w ciągu życia niespełna jednego pokolenia rejon Appalachów i Południe z twierdzy demokratów stały się matecznikiem republikanów.

Było (i wciąż jest) wielu takich, którzy żyli zgodnie z tym samym kodeksem, co moi dziadkowie. Czasami dostrzegało się to po nader dyskretnych objawach: stara sąsiadka, która pracowicie doglądała swojego ogródka nawet wtedy, gdy ludzie w domach dokoła nie robili nic, kiedy te butwiały im nad głowami; czy młoda kobieta, rówieśniczka mojej mamy, codziennie odwiedzająca naszą dzielnicę, by pomagać swojej matce w żegludze pomiędzy rafami starości.

I tak w pewną sobotę pod koniec marca zawitałem w biurze werbunkowym i zapytałem faceta o możliwość wstąpienia do marines. W żaden sposób mnie nie nęcił. Powiedział otwarcie, że żołd jest marny, a może się okazać, że będę musiał iść na wojnę.

– Nauczą cię jednak, co to znaczy być przywódcą, i zrobią z ciebie zdyscyplinowanego młodego mężczyznę.

Coś wewnątrz mnie wiedziało, że Mamaw nie przetrwa mojego kontraktu z marines. Już nigdy nie wrócę do domu, a w każdym razie nie na stałe. Słowo „dom” oznaczało „Middletown i Mamaw”. A Mamaw już zabraknie, kiedy ja odsłużę te cztery lata.

Po raz pierwszy oderwany od domu i rodziny, wiele się nauczyłem o sobie i o kulturze, z której się wywodzę. Wbrew powszechnemu mniemaniu, wojsko to nie przytułek dla młodziaków z biednych rodzin, które nie mają innych opcji. Wśród sześćdziesięciu dziewięciu rekrutów w moim plutonie na unitarce byli czarni, biali i Latynosi, bogaci kolesie z północnej części stanu Nowy Jork i biedni z Wirginii Zachodniej. Katolicy, żydzi, protestanci, a nawet paru ateistów.

Unitarka w Korpusie Piechoty Morskiej jest zorganizowana na zasadzie wyzwania odmieniającego całe życie. Od dnia przybycia nikt nie mówi do ciebie po imieniu. Nie wolno mówić „ja”, bo uczy się nas niewiary we własną indywidualność. Każde zapytanie zaczynamy od „ten rekrut”: Ten rekrut potrzebuje udać się do latryny (toalety); ten rekrut wymaga wizyty u felczera (lekarza). Nieliczni debile, którzy przybywają na obóz z tatuażami insygniów marines, są bezlitośnie poniewierani. Na każdym kroku przypomina się rekrutom, że są bezwartościowi, póki nie ukończą szkolenia i nie zasłużą na tytuł „marine”.

Mamaw i ja uwielbialiśmy film Terminator 2. Obejrzeliśmy go we dwoje chyba z pięć czy sześć razy. Mamaw w Arnoldzie Schwarzeneggerze widziała ucieleśnienie amerykańskiego snu: silnego i zdolnego emigranta, który osiągnął sam szczyt. Ja jednak patrzyłem na ten film jak na metaforę własnego życia. Mamaw dawała mi dach nad głową, ochronę, a gdyby zaszła taka potrzeba, sama zostałaby moim Terminatorem, psiakrew. Nieważne, ile kłód życie rzuciłoby mi pod nogi, byłem bezpieczny, bo babcia mnie chroniła.

Podczas tej akurat misji oficerowie marines prowadzili rozmowy z miejscowymi urzędnikami oświatowymi, a cała reszta naszego oddziału zapewniała ochronę albo kręciła się wśród uczniów, kopiąc w piłkę czy rozdając cukierki i przybory szkolne.

Pewien bardzo nieśmiały chłopczyk podszedł do mnie, wyciągając otwartą dłoń. Gdy dałem mu małą gumkę do ołówków, jego twarz na moment rozpromieniła się radością, a potem pobiegł do swojej rodziny, triumfalnie unosząc nad głową swój prezent za parę centów. Nigdy dotąd nie widziałem takiego podekscytowania na dziecięcej twarzy.

Nie wierzę w nagłe olśnienia. Nie wierzę w natychmiastowe przeobrażenia, bo przeobrażenie to zbyt trudna sprawa, by nastąpiło w jednej chwili. Widziałem zbyt wielu ludzi, z których aż wylewało się szczere pragnienie zmiany samych siebie, ale tracili cały animusz, kiedy uświadamiali sobie, jak trudna w rzeczywistości byłaby taka przemiana. Niemniej owa chwila z tym chłopcem była dla mnie niemal olśnieniem. Przez całe dotychczasowe życie nosiłem w sobie urazę do całego świata. Byłem wściekły na matkę i ojca, wściekły, że do szkoły dojeżdżałem gimbusem, kiedy innych podwozili samochodami kumple, wściekły, że nie miałem ciuchów od Abercrombie & Fitch, wściekłem się, gdy umarł mój dziadek, wściekało mnie, że mieszkamy w ciasnym domku. Wszystkie te żale nie zniknęły w jednej chwili, kiedy jednak stałem i patrzyłem na kłębiące się dzieci sponiewieranego wojną narodu, ze szkoły, w której nie było wody bieżącej, i na tego przeszczęśliwego malca, zacząłem doceniać, jak wiele szczęścia miałem w życiu: urodziłem się w najwspanialszym kraju pod słońcem [...]

Nie możemy wierzyć wiadomościom w telewizji. Nie możemy wierzyć naszym politykom. Nasze uniwersytety, wrota do lepszego życia, kantują naszych. Nie możemy znaleźć pracy. Nie da się w to wszystko wierzyć i wciąż być użytecznym członkiem społeczeństwa.

A jednak wśród wszystkich tych radości i intryg Yale zasiało w mojej duszy ziarenko zwątpienia: czy na pewno byłem tu na swoim miejscu? Ten uniwersytet wykraczał hen, poza wszystkie moje oczekiwania życiowe. W Ohio nie znałem nikogo, kto ukończyłby studia na którejkolwiek uczelni Ivy League, ba, w mojej najbliższej rodzinie ja pierwszy zrobiłem licencjat, jako pierwszy wśród wszystkich krewnych i powinowatych zacząłem studia podyplomowe.

Kiedy pojąłem, jak wiele różni mnie od innych studentów Yale, zacząłem doceniać, jak bardzo przypominam ludzi z rodzinnych okolic. Co najważniejsze, z całą ostrością dostrzegłem wewnętrzny konflikt zrodzony z tego niedawnego sukcesu.

W Yale nawiązywanie kontaktów jest niczym powietrze, którym oddychamy – tak wszechobecne, że łatwo je przegapić.

Najlepszym sposobem na okradzenie banku, jest posiadać jakiś.

To co mnie martwi, i co sądzę jest główną przyczyną, że mamy teraz intensywny kryzys, to wrażenie, że straciliśmy zdolność do oburzenia. Tylko oburzenie ludzi prowadzi do pozytywnych zmian społecznych.

Prasa to najlepsze narzędzie do oświecenia umysłu człowieka i uczynienia go bardziej racjonalną, moralną i społeczną istotą

Mądrość zaczyna się na końcu.

Nie ma nic potężniejszego niż prawda i czesto nic bardziej dziwnego.

Zachowuj spokój, złość to nie jest argument. /na sali sądowej/

Sprawiedliwość, proszę pana, jest największym dobrem człowieka na ziemi. To wiązadło które utrzymuje razem cywilizowane jednostki i cywilizowane narody.