- Oskarżył mnie, że jestem ,,ślepo oddanym człowiekiem Dumbledore'a''. - Cóż za prostactwo! - Powiedziałem mu, że ma rację.
- Harry, NIE! Hermiona złapała go z tyłu za szatę. W ostatniej chwili, bo nagle usłyszeli śpiew. To Hagrid szedł powoli do zamku, podśpiewując i zataczając się lekko. W ręku trzymał wielką butlę.
Pani Pomfrey podeszła żwawym krokiem do łóżka Harry'ego. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Niosła największy blok czekolady, jaki widział w życiu. Wyglądał jak mała cegła. — Ach, obudziłeś się! — powiedziała raźnym głosem. Położyła czekoladę na stoliku obok łóżka i zaczęła rozbijać blok małym młoteczkiem.
(...) Najwidoczniej od samego początku uważali, że sami go złapią. Do tej pory wiele im się udawało i obawiam się, że mieli o sobie zbyt wysokie mniemanie...No i, oczywiście, dyrektor zbyt często pozwalał na wszystko temu Potterowi... — Ach, Snape...No cóż, to przecież Harry Potter, sam pan rozumie...wszyscy przymykamy oko na jego wybryki...
To wstrząsająca sprawa...wstrząsająca...cud, że żadne z nich nie zginęło...W życiu o czymś takim nie słyszałem...niech to dunder świśnie, jakie to szczęście, że pan tam był, Snape...
Profesor McGonagall przelazła z powrotem przez dziurę i stanęła przed oniemiałym tłumem. Była biała jak kreda. — Który z was... — zaczęła rozdygotanym głosem. —Co za bałwan zapisał sobie hasła na cały tydzień i zostawił gdzieś listę na wierzchu?
Wróciła profesor McGonagall. Weszła, trzaskając portretem i potoczyła po pokoju wściekłym wzrokiem. — Jestem zachwycona z wygranej Gryffindoru, ale to już przestaje być zabawne! Percy, tego się po tobie nie spodziewałam! — Nie mam z tym nic wspólnego, pani profesor! — powiedział Percy, prostując się z godnością. — Właśnie im mówiłem, żeby wracali do łóżek! Mój brat Ron miał koszmarny sen i... — TO WCALE NIE BYŁ SEN! PANI PROFESOR, OBUDZIŁEM SIĘ, A NADE MNĄ STAŁ SYRIUSZ BLACK Z NOŻEM W RĘKU!
- Nic mi nie jest - powiedział im. - Jestem tylko zmęczony. Oczy pani Weasley wypełniły się łzami, gdy zupełnie niepotrzebnie wygładzała mu pościel.
- Na gacie Merlina! - wrzasnęła, aż Harry i Ron podskoczyli. Zerwała się i wyleciała z kuchni, wołając: - Zaraz wracam! - Gacie Merlina! - powtórzył rozbawiony Ron - Ale ją wzięło!
- ...ONI WAS BĘDĄ TORTUROWAĆ, A POTEM ZABIJĄ, TAK JAK MOICH RODZICÓW! - Tato - odezwał się Dudley podniesionym głosem - tato ...ja idę tymi z Zakonu. - Dudley - powiedział Harry - po raz pierwszy w życiu mówisz z sensem.
- Ale na miłość boską...przecież jesteście CZARODZIEJAMI! Znacie się na MAGII. Na pewno możecie poradzić sobie z...no...ze WSZYSTKIM! [...] - Problem w tym, panie ministrze, że tamci też znają się na magii.
Harry nie słuchał uważnie. Po jego ciele rozpływało się ciepło, które nie miało nic wspólnego z promieniami słońca; ucisk w klatce piersiowej zelżał. Wiedział, że Ron i Hermiona byli bardziej wstrząśnięci, niż to okazywali, ale sam fakt, że siedzieli teraz razem z nim, pocieszając go, nie odsuwając się od niego, jak od osoby zarażonej albo niebezpiecznej, wart był dla niego więcej, niż potrafił to wyrazić.
Nie potrzeba nam magii, żeby przemienić świat. My już mamy w sobie całą moc, która jest konieczna do zmiany świata na lepszy - potęgę wyobraźni.
- Ron, mamy zaprowadzić pierwszoroczniaków! - A, prawda - rzekł Ron, który najwyraźniej o tym zapomniał. - Hej! Hej, wy Karzełki! - RON! - No bo oni są tacy malutcy...
- Za późno, Harry... - Możemy go wyciągnąć...Harry szarpał się z nim rozpaczliwie, ale Lupin go nie puszczał. - Już nic nie możesz zrobić, Harry.. nic...On odszedł...
- Co ty robisz, Potter? - zapytał Snape zimnym jak zwykle głosem, podchodząc do nich. - Namyślam się, jaką klątwę rzucić na Malfoya, panie profesorze - odrzekł Harry ze złością.