Spełniłem swoje śluby, senatorowie, o cóż innego mogę jeszcze prosić bogów nieśmiertelnych, jak nie o to, aby tę waszą zgodę udało mi się utrzymać aż do kresu mego życia.
Oby mi los pozwolił utrwalić państwo w bezpieczeństwie i pomyślności oraz doczekać z mego dzieła upragnionego owocu, a mianowicie: być uznanym za twórcę najlepszego ustroju i umrzeć z tym przekonaniem, że przetrwają niezmienione te podstawy państwa, które ja wzniosę.
Powiedziałem to teraz i często kiedy indziej mówiłem, o senatorowie, że władca dobry i o pożytek państwa dbały, któregoście wyposażyli w tak rozległą, tak nieograniczoną władzę, winien służyć senatowi i wszystkim obywatelom, często i przede wszystkim poszczególnym. Nie wstydzę się, żem wyrzekł te słowa, miałem bowiem i mam dotąd w was panów dobrych, sprawiedliwych i życzliwych.
O czym mam pisać do was, o senatorowie, albo w jakiż sposób, albo w ogóle o czym nie pisać w obecnej chwili? Sam już nie wiem, czy bogowie i boginie mogą mi zesłać gorszą zatratę niż ta, którą czuję z dnia na dzień.
Jeśli ktokolwiek wyrazi zdanie odmienne od mojego, dołożę starania, aby mu wyjaśnić moje słowa i czyny. Jeśli i wtedy uprze się przy swoim, z kolei ja go znienawidzę.