Utrzymywała, że mnie kocha. Lubiła zawiązywać mi wstążki na kutasie i zakładać mu małą papierową czapeczkę na główkę.
- Nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że przyprowadzę przyjaciół? - Nie mam przyjaciół. - Mam na myśli swoich przyjaciół.
Uznałem, że jestem szalony i nieprzystosowany, co czyniło mnie jeszcze bardziej odrażającym. Wybrałem się do biblioteki, gdzie próbowałem znaleźć książki traktujące o tym, co wywoływało u ludzi stany podobne do mojego, jednak albo nie mogłem ich znaleźć, albo nie byłem w stanie zrozumieć tych, które znalazłem.
Lou odzyskał pracę, którą stracił przez chlanie, i poprzysiągł, że będzie pił tylko w weekendy. - Jak chcesz, przyjacielu - powiedziałem mu. - Tylko trzymaj się ode mnie z daleka, ja piję na okrągło.
- Zakochałem się - wyznał. Nic nie powiedziałem. Skręciłem papierosa. - Wierzysz w miłość? - spytał. - Muszę. Raz mi się zdarzyła. - Gdzie ona jest? - Nie ma jej. Nie żyje. - Nie żyje? Jak to się stało? - Picie. Moja też pije. Martwię się o nią. Jest wiecznie zaprawiona. Nie potrafi przestać. - Nikt nie potrafi. (...) Stary, naprawdę ją kocham! - Do diabła, Marty, pewnie chodzi tylko o seks. - Nie, kocham ją. Hank, ja naprawdę to czuję. - Zdarza się. (...) - Na razie pijesz równo. Jeśli ją tak kochasz, rzuć to w cholerę. Od razu. - Na Boga - zrobię to! Wyleję wino do zlewu! - Nie bądź taki melodramatyczny. Zostaw mi kieliszek.
Lecimy do San Francisco, gdzie mam czytać swoje wiersze. Jestem Henry Chinaski, poeta. Mądry i głęboki. Wspaniały. Ale jaja, nie? Nie, naprawdę mam wspaniałe jaja.
Prawdę mówiąc, jestem facetem, który ma mnóstwo problemów i przypuszczalnie większość z nich stwarza sobie sam. Mam na myśli kobiety, hazard i wrogie uczycie wobec zbiorowości - a im większa grupa, tym większa moja wrogość. Nazywają mnie negatywnie nastawionym ponurakiem. Nie mogę zapomnieć tej kobiety, która wykrzyczała mi w twarz: - Jesteś taki cholernie negatywny! Życie może być piękne! Pewnie i może, zwłaszcza gdy ktoś nie drze mordy.
Przeszła przez podwórko, otworzyła furtkę i ruszyła alejką w świetle księżyca. Dochodziła pierwsza w nocy, niebo było zupełnie bezchmurne. Tam, w górze, tkwiły wciąż te same gwiazdy. Dotarła do bulwaru i ruszyła na wschód, aż znalazła się przed drzwiami "Blue Mirror". Weszła do środka i rozejrzała się. Przy końcu baru siedział samotnie pijany Walter. Podeszła do niego i usiadła obok. - Tęskniłeś za mną, misiu? - zapytała. Walter uniósł głowę. Rozpoznał ją, ale nie odpowiedział. Spojrzał na barmana, który ruszył w ich stronę. Wszyscy się tu znali.
- Nigdy nie udałoby mi się to z facetem po studiach. Są jacyś tacy mięciutcy, jak słodkie bułeczki. Do tego ten porządek w domu. Wiesz, czułam się, jakbym miała pokojówkę. On sam sprzątał. Wszystko było bez skazy. Można było jeść rosół prosto z klopa. Był antyseptyczny, taki właśnie był. - Napij się dobrze ci to zrobi. - I nie potrafił się kochać. - Chcesz powiedzieć, że mu nie stawał? - Nie, stawał mu przez cały czas. Ale nie potrafił dać kobiecie rozkoszy, wiesz. Nie wiedział co z nim robić. Cała ta forsa i wykształcenie, a był do niczego. - Chciałbym mieć wyższe wykształcenie. - A po co? Masz wszystko co trzeba, George.
- Chcę, żebyś zrobił wywiad z tą suką, która wyszła za kanibala. Dużo seksu. Pomieszaj miłość z horrorem, rozumiesz? - Rozumiem. Robię to przez całe życie.
Styl to brak osłony. Styl to brak fasady. Styl to największa naturalność. Styl to jeden człowiek samotny pośród miliardów innych ludzi.
Im mniej wierzyłeś w życie, tym mniej miałeś do stracenia. Sam także nie miałem wiele do stracenia, ze swoim kutasem przeciętnej długości. (...) Posiadanie kutasa przeciętej długości wydało mi się nagle nie najgorszym grzechem.
narawdę? - spytałem. "żałosna omyłka" - powiedziała. (...) a ja pomyślałem: jesteś żałosna i ja jestem żałosny i twoje żałosne tłuste dupsko żałosny chód żałosne łóżko żałosne życie i żałosna śmierć i ta twoja żałosna pani Evans i żałosne grube gówno was obu.
"mój boże - powiedzą ludzie - Chinaski nic tylko pisze o kotach!" "mój boże - mówili dawniej - Chinaski nic tylko pisze o kurwach!" te zrzędy będą zrzędzić i nie przestaną kupować moich książek.
kumpel raz mi powiedział: "stary, czego tylko się tkniesz, zamienia się w gówno!" ma rację. onanizuję się od jedenastego roku życia.
...spojrzałem na słońce. bezlitosny świat, żadnej dobrej nowiny, a ja nienawidziłem życia pod mostem. lubię małe pokoje, zaciszne klitki, z których mógłbym jakoś prowadzić ten bój. do tego kobieta. butelka. byle nie praca dzień w dzień. ale jakoś nie potrafię się tego dochrapać. za mało sprytny jestem.
- Gdybyśmy mieli trochę wina. - Ale nie mamy. Musimy poczekać do wieczora. - Ciekawe, czy ktokolwiek rozumie pijaczków? - Tylko inni pijaczkowie. - Myślisz, że te drzazgi w rękach dotrą do naszych serc? - Nie ma mowy; to byłby nadmiar szczęścia.
Nic mi się nie chciało. Nie chciało mi się nawet chodzić na gimnastykę. W gruncie rzeczy ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, było pójść do sali gimnastycznej, spływać potem, nosić krótkie gatki i porównywać z innymi długość swego kutasa.