Cytaty i aforyzmy Ulubione (0) Kategorie Autorzy Profesje Narodowości Najlepsze Cytaty losowe Szukaj

Cytaty Amerykanów

Zobacz listę Amerykanów

Amerykanie wg. profesji

Tam gdzie biegła, kojoty urywały w pół słowa, jakby ktoś zatrzasnął za nimi drzwi, a był to tylko strach i zdumienie. Podniósł jej sztywny łeb z liści i przytrzymał go, jakby chciał wziąć w ręce to, czego nie da się wziąć, to, co biegło już pośród gór zrazu straszne i nadzwyczaj piękne, jak kwiaty żywiące się mięsem.

Za dnia skazane na banicję Słońce okrąża Ziemię niczym zbolała matka niosąca lampę.

Okrutne czasy to okrutne ludzie. Ja żem widział takie okropności, że nie wiem, jak Bóg na ich widok nie zgasił słońca i nie odwrócił się od nas.

Tak właśnie postępują dobrzy ludzie. Próbują bez przerwy. Nie poddają się.

Historie się przekazuje, prawdę przemilcza.

Może spróbuj zacząć na nowo. Nie od początku. Od początku to zaczynali już wszyscy. Na nowo znaczy na nowo. To znaczy, że odchodzisz. Gdy wszystko, czym jesteś, wszystko, co masz, i wszystko, coś narobił, pchnęło cię wreszcie na dno butelki albo do przejażdżki Sunset Limited w jedną stronę, to znaczy, że nie znajdziesz na tym Bożym świecie ani jednego powodu, żeby coś z tego ratować. Bo takiego powodu nie ma. I powiem ci, że jak potrafisz się zmusić do tego, by zatrzasnąć drzwi na to wszystko, naonczas zrobi się zimno i samotnie i zawieje wredny wiatr. Ale to wszystko dobry znak. Nic nie mówisz. Po prostu stawiasz kołnierz i idziesz dalej.

(...) dopiero wówczas nabrał pewności, gdy wypowiedział to słowo: porażka. Przegrał. Było to gorze niż śmierć.

- Uważa pan, że ludzie byli wtedy bardziej podli? - zapytał zastępca.
Stary mężczyzna patrzył na zalane miasto.
Nie - odparł - Wcale tak nie myślę. Na mój rozum, ludzie są jednacy, odkąd Pan Bóg stworzył pierwszego.

Siedział tak bardzo długo, aż na wschodzie zaczęło szarzeć i podniosło się prawdziwe, dane przez Boga słońce, i znów wstało dla wszystkich bez różnicy.

Ewolucja nieuchronnie i ostatecznie prowadzi inteligentne życie do świadomości jednej rzeczy ponad wszystkim, a tą rzeczą jest daremność.

Nie wiesz, co może być za zakrętem drogi.

Każdy dzień jest kłamstwem. Ale Ty umierasz. To nie kłamstwo.

Czy stać cię na to, żeby roztrzaskać tę ukochaną głowę kamieniem? Czy jest w tobie istota, o której nic nie wiesz? Czy to możliwe? Weź go w ramiona. O tak. Dusza jest szybka. Przygarnij go do siebie. Pocałuj. Prędko.

Miał nadzieję, że tam będzie jaśniej, a przecież z dnia na dzień świat ciemniał coraz bardziej.

Domyślam się, że uważasz, że kultura zazwyczaj pogłębia ludzką nie dolę. Że im więcej człowiek wie, przypuszczalnie tym bardziej będzie nieszczęśliwy.

I tańczą, podłoga z desek dudni pod obcasami, skrzypkowie szczerzą się odrażająco znad pochylonych instrumentów. Nad nimi wszystkimi góruje tańczący nago sędzia, szybko i żwawo poruszając małymi stopami, teraz przyspieszając kroku, kłaniając się damom, ogromny i bezwłosy niczym olbrzymi noworodek. Mówi, że nigdy nie śpi. Że nigdy nie umrze. Dyga przed skrzypkami, pląsa do tyłu, odrzuca głowę, parska głębokim gardłowym śmiechem i jest wielkim ulubieńcem, ten sędzia. Wachluje się kapeluszem, a księżycowa kopuła jego czaszki sunie blada pod światłami, on zaś obraca się, przejmuje skrzypki, wiruje w piruecie, wykonuje jedno pas, dwa pas, tańcząc i grając jednocześnie. Ma lekkie, zwinne stopy. Nigdy nie śpi. Mówi, że nigdy nie umrze. Tańczy w świetle i cieniu i jest wielkim ulubieńcem. Nigdy nie śpi, ten sędzia. Tańczy i tańczy. Mówi, że nigdy nie umrze.

Pierwszego snu za bardzo nie pamiętam, ale spotkałem ojca w jakimś miasteczku, dał mi pieniądze, które chyba zgubiłem. Za to w drugim jakbyśmy się obaj cofnęli do dawnych czasów, jechałem nocą konno przez góry. Pokonywałem przełęcz. Było zimno, na ziemi śnieg, a on mnie minął i pojechał dalej. Bez słowa. Po prostu pojechał przed siebie, okryty szczelnie kocem, ze zwieszoną głową, a jak mnie mijał, zobaczyłem, że wiezie żar w rogu, tak jak to ludzie dawniej nosili, widziałem ten róg dzięki światłu w środku. Światłu koloru księżyca. I w tym śnie wiedziałem, że jedzie naprzód, aby rozpalić ognisko gdzieś w tej ciemności, na tym zimnie, i wiedziałem jeszcze, że gdy tam dotrę, będzie na mnie czekał. A potem się obudziłem.

Myśliwi i drwale, nie zdejmując butów, kładli się tu niegdyś spać wokół tysięcy dogasających ognisk, a potem ruszali dalej, nasi starsi teutońscy przodkowie o oczach rozpalonych blaskiem potężnej pazerności, napływający kolejnymi falami okrutników i szaleńców o głowach pełnych bezskojarzeniowych analogii do całej ludzkiej przeszłości, szczupli Aryjczycy ze swoją unieważnioną już dziś semicką książeczką, wciąż na nowo odgrywający zawarte w niej dramaty i parabole, bezmyślni, bladzi i udręczeni pragnieniem, które mogłoby uśmierzyć jedyne ponowne pogrążenie się świata w pierwotnych ciemnościach.

Życia całego trzeba, żeby zobaczyć siebie takim, jakim jest się naprawdę, a i wtedy można się pomylić.

A w środku sklepienia żeber, które obejmował nogami, biło z czyjejś woli ciemne, umięśnione serce, pulsowała krew, przesuwały się trzewia w masywnych, silnych konwulsjach, i także z czyjejś woli, a potężne kości ud, kolana, golenie i ścięgna rozciągały się jak cumy i pęczniały na powrót, rozciągały i pęczniały, i znów rozciągały własną siłą i czyjąś wolą, okryte, zasłonięte przed wzrokiem pochwą ciała, a kopyta drążyły studnie w porannej mgle tuż nad ziemią, a głowa obracała się to w jedną, to w drugą stronę, a wielkie spienione klawisze zębów i gorące kule oczu płonęły blaskiem samego jądra świata.