Pierwszego snu za bardzo nie pamiętam, ale spotkałem ojca w jakimś miasteczku, dał mi pieniądze, które chyba zgubiłem. Za to w drugim jakbyśmy się obaj cofnęli do dawnych czasów, jechałem nocą konno przez góry. Pokonywałem przełęcz. Było zimno, na ziemi śnieg, a on mnie minął i pojechał dalej. Bez słowa. Po prostu pojechał przed siebie, okryty szczelnie kocem, ze zwieszoną głową, a jak mnie mijał, zobaczyłem, że wiezie żar w rogu, tak jak to ludzie dawniej nosili, widziałem ten róg dzięki światłu w środku. Światłu koloru księżyca. I w tym śnie wiedziałem, że jedzie naprzód, aby rozpalić ognisko gdzieś w tej ciemności, na tym zimnie, i wiedziałem jeszcze, że gdy tam dotrę, będzie na mnie czekał. A potem się obudziłem.
