Nie ma straszniejszej choroby niż ta, kiedy człowiek zgubi swój indywidualny język i przejmie całkowicie jako prywatny ten zbiorowy. Chorują na to urzędnicy, politycy, akademicy, chorują też księża. I jedynym rodzajem terapii staje się wtedy literatura - obcowanie z językami twórców dzieła jak szczepionka przeciw wizji świata tworzonej doraźnie i traktowanej instrumentalnie.
Kiedy rząd mówi, że nie da - to nie da. Kiedy rząd mówi, że da - to mówi.