Chciałabym wierzyć, że po wszystkich zawirowaniach, turbulencjach, lekturach, medytacjach, rozwodach, małżeństwach, drogach i zakrętach - nastąpi happy end. A tymczasem wychodzi na to, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A to oznacza, że będziemy się sami o siebie ciągle potykać i nasza droga do happy endu nie ma mety. To też oznacza, że jesteśmy do siebie podobni - także w tym, że udajemy, że wszystko jest u nas wspaniale. Ktoś powiedział, żeby nie mylić cudzej sceny z własnymi kulisami - a jednak to robimy i ciągle przegrywamy, niepomni, że inni za kulisami są tacy sami jak my sami. Wobec tego, co postrzegamy jako swoją porażkę, same zaczynamy udawać, a wtedy sprawiamy, że inni czują się gorsi. I biznes się kręci. Dlaczego to sobie robimy?
