Cały żal bierze się z miłości, troski, współ-czucia. (...) Bo wiesz - gdybyś się nie kochała, nie bolałoby cię to, co cię boli w twoim życiu. Jeśli czujesz wściekłość, to czujesz ją dlatego, że nie jesteś sobie obojętna.
A kiedy powoli zaczniemy świadomie przesuwać granice tego, co nam wolno - na co same sobie pozwalamy - okaże się, że świat nie jest nami aż tak zaabsorbowany, jak nam się wydaje. Ludzie na nas nie patrzą tak uważnie i z taką przyganą, jak to sobie wyobrażamy.
"A gdyby się udało?" - spytałam moją klientkę. "Gdyby któregoś dnia udało ci się sprostać wszystkim oczekiwaniom, być absolutnie poprawna, zgodna ze wszystkimi wymogami? Jakie by to było dla ciebie uczucie?" Ona, która często długo namyślała się nad swoimi odpowiedziami, tym razem rzuciła natychmiast, bez wahania: "Chciałabym się zabić".
Wybiera więź ponad wyrażanie swoich potrzeb, jeśli podejrzewa, że wyrażając potrzeby, narazi się opiekunowi. Jeśli twoja opiekunka czy opiekun odwraca się, kiedy zapłaczesz, uczysz się, żeby nie płakać. Jeśli wyrażasz swoją złość i widzisz gniew lub rozczarowanie swojego opiekuna, uczysz się chować złość. I jeszcze jedno – jeśli opiekun lub opiekunka zaczyna płakać, kiedy ty płaczesz, cały twój świat trzęsie się w posadach – więc łykasz łzy i udajesz, że wszystko w porządku.
»Dlaczego to przydarzyło się właśnie mnie? Dlaczego moje życie przybrało taki obrót?« Ta złość, ta wściekłość przejawia się na wiele sposobów. Chcemy, żeby nasze życie wytłumaczyło się przed nami, żeby Bóg się przed nami wytłumaczył. Chcemy, żeby wytłumaczyli się przed nami ludzie z naszej przeszłości. Czasami czujemy się ofiarami naszego własnego cierpienia, które ciągle w nas trwa. Ale jest coś, co widzę jako uniwersalny czynnik decydujący o tym, czy uwolnimy się od tego cierpienia, czy nie. (...) Wszelkie nasze wysiłki, nasze drogi ku uzdrowieniu łączy to, że na ogół zaczynamy od jakiegoś rodzaju oporu. Większość negatywnych emocji: smutek, przygnębienie, wściekłość, niechęć, konflikt – to różne formy oporu i złości. Ktoś może chodzić ciągle wściekły - jego wewnętrzna złość jest projektowana na zewnątrz. Takiego człowieka wszystko wokół i wszyscy wokół będą złościć. Ktoś inny skieruje swoją złość do wewnątrz i pogrąży się w depresji. (.…..) Pod poczuciem, że jesteśmy nieszczęśliwi, pod naszą złością, pod wściekłością, pod wstydem, pod tymi silnymi, hałaśliwymi uczuciami leży jakiś smutek, jakiś żal.
Nie bierz wszystkiego tak osobiście. To nie jest tak, że wszechświat mówi akurat do ciebie, bo ciebie sobie upodobał. Po prostu wszechświat w ogóle mówi, pulsuje znakami. Ty możesz je przeczytać albo nie.
Nie chodzi o to, żeby się starać zasłużyć na swoją miłość i życzliwość, chodzi o to żeby umieć naprawdę się sobie pokłonić.
Czasem myślę, że wszystkie nieszczęścia świata zaczynają się od poczucia: "nie wiem, czy można mnie pokochać"; od poczucia, że miłość, jeśli w ogóle jest możliwa, wydarzy się tylko pod pewnymi warunkami, a jej dostawy mogą zostać przerwane.
Chciałabym wierzyć, że po wszystkich zawirowaniach, turbulencjach, lekturach, medytacjach, rozwodach, małżeństwach, drogach i zakrętach - nastąpi happy end. A tymczasem wychodzi na to, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A to oznacza, że będziemy się sami o siebie ciągle potykać i nasza droga do happy endu nie ma mety. To też oznacza, że jesteśmy do siebie podobni - także w tym, że udajemy, że wszystko jest u nas wspaniale. Ktoś powiedział, żeby nie mylić cudzej sceny z własnymi kulisami - a jednak to robimy i ciągle przegrywamy, niepomni, że inni za kulisami są tacy sami jak my sami. Wobec tego, co postrzegamy jako swoją porażkę, same zaczynamy udawać, a wtedy sprawiamy, że inni czują się gorsi. I biznes się kręci. Dlaczego to sobie robimy?
(...) wszelkie wymogi, oczekiwania, przygany mają znaczenie tylko wtedy, kiedy wpuszczam je do siebie i, mówiąc językiem psychologii, internalizuję, czyli uwewnętrzniam. Presja zazwyczaj powstaje na zewnątrz, ale działa we mnie dopiero wtedy, kiedy otworzę jej drzwi (...). Im dłużej żyję, tym bardziej staje się dla mnie wyraźne, że odpowiedzialność za uleganie tej presji jest po mojej stronie.
Jeśli to "wiadomo" trwa niedługo - jeśli kobieta wraca do jazdy konnej, do sztalug, na żagle - pewnie uda się to doświadczenie jakoś wchłonąć. Ale jeśli trwale zrezygnuje z tego, co ją karmiło, stapiając się z rolą matki w jej najbardziej konserwatywnym, ciasnym jak gorsety naszych prababek wydanie, ani się obejrzy, a pozwoli Męczennicy zająć miejsce u szczytu stołu. I nikomu to nie posłuży.
Traumą nie jest to, że twoi rodzice się kłócili i rozwiedli, że twój ojciec był w więzieniu, że patrzyłeś na nałogi najbliższych, że byłeś zaniedbywany. To nie jest trauma. To są wydarzenia, które wywołały traumę. Czym jest trauma? Nie jest tym, co się tobie przydarza; jest tym, co się w tobie wydarza w wyniku tego, co się stało. Trauma jest wydarzeniem wewnętrznym. Samo słowo pochodzi od greckiego słowa »ranienie«. Tak więc trauma jest raną.
Nie umiem i nie chcę rozstrzygać kwestii odpowiedzialności moralnej rodziców, którzy nie byli „wystarczająco dobrzy”. Nikt nie wie, co dźwigali, ile stoczyli bitew, na ile to, że ich córki i synowie wyrośli na ludzi poranionych, było ich wyborem, a na ile – wynikiem ich własnych skrzepów bólu i ich własnych ran.
"Wolność to znaczy robić to, czego się naprawdę chce – czyli to, co nam służy”. Nie chodzi o to, na co się ma ochotę – ale o to, czego w naszym wewnętrznym rozpoznaniu potrzebujemy. Kiedy popatrzymy lata później na ten wybór, przytakniemy mu, bo on był dobry dla nas w tamtym momencie życia.