Dlaczego ja mogę pojechać do kraju pani Marrousch czy pana al-Halabiego i pozostać tam właściwie tak długo, jak tylko zechcę - pewnie nawet mogłabym się tam osiedlić — ale ani pani Marrousch, ani pan Halabi nie mogą tego zrobić w moim kraju? Dlaczego moi rodacy, którzy kiedyś dorabiali się w Libii i Syrii, budując tam mosty i fabryki, nie chcą dziś dać w Polsce szansy Libijczykom czy Syryjczykom, nawet wtedy gdy stawką jest życie?
Miałem to dziwne uczucie uniesienia i nie mogłem do końca zrozumieć, dlaczego tak się czułem.