Przyjechałam tu pisać. Być może wyjadę z niczym. Dokądkolwiek pójdę ona tu zostanie: sosna która nie chciała zamienić się w papier.
»Dlaczego to przydarzyło się właśnie mnie? Dlaczego moje życie przybrało taki obrót?« Ta złość, ta wściekłość przejawia się na wiele sposobów. Chcemy, żeby nasze życie wytłumaczyło się przed nami, żeby Bóg się przed nami wytłumaczył. Chcemy, żeby wytłumaczyli się przed nami ludzie z naszej przeszłości. Czasami czujemy się ofiarami naszego własnego cierpienia, które ciągle w nas trwa. Ale jest coś, co widzę jako uniwersalny czynnik decydujący o tym, czy uwolnimy się od tego cierpienia, czy nie. (...) Wszelkie nasze wysiłki, nasze drogi ku uzdrowieniu łączy to, że na ogół zaczynamy od jakiegoś rodzaju oporu. Większość negatywnych emocji: smutek, przygnębienie, wściekłość, niechęć, konflikt – to różne formy oporu i złości. Ktoś może chodzić ciągle wściekły - jego wewnętrzna złość jest projektowana na zewnątrz. Takiego człowieka wszystko wokół i wszyscy wokół będą złościć. Ktoś inny skieruje swoją złość do wewnątrz i pogrąży się w depresji. (.…..) Pod poczuciem, że jesteśmy nieszczęśliwi, pod naszą złością, pod wściekłością, pod wstydem, pod tymi silnymi, hałaśliwymi uczuciami leży jakiś smutek, jakiś żal.
Nie bierz wszystkiego tak osobiście. To nie jest tak, że wszechświat mówi akurat do ciebie, bo ciebie sobie upodobał. Po prostu wszechświat w ogóle mówi, pulsuje znakami. Ty możesz je przeczytać albo nie.
Nie chodzi o to, żeby się starać zasłużyć na swoją miłość i życzliwość, chodzi o to żeby umieć naprawdę się sobie pokłonić.
Czasem myślę, że wszystkie nieszczęścia świata zaczynają się od poczucia: "nie wiem, czy można mnie pokochać"; od poczucia, że miłość, jeśli w ogóle jest możliwa, wydarzy się tylko pod pewnymi warunkami, a jej dostawy mogą zostać przerwane.
Chciałabym wierzyć, że po wszystkich zawirowaniach, turbulencjach, lekturach, medytacjach, rozwodach, małżeństwach, drogach i zakrętach - nastąpi happy end. A tymczasem wychodzi na to, że wszyscy jesteśmy ludźmi. A to oznacza, że będziemy się sami o siebie ciągle potykać i nasza droga do happy endu nie ma mety. To też oznacza, że jesteśmy do siebie podobni - także w tym, że udajemy, że wszystko jest u nas wspaniale. Ktoś powiedział, żeby nie mylić cudzej sceny z własnymi kulisami - a jednak to robimy i ciągle przegrywamy, niepomni, że inni za kulisami są tacy sami jak my sami. Wobec tego, co postrzegamy jako swoją porażkę, same zaczynamy udawać, a wtedy sprawiamy, że inni czują się gorsi. I biznes się kręci. Dlaczego to sobie robimy?
(...) wszelkie wymogi, oczekiwania, przygany mają znaczenie tylko wtedy, kiedy wpuszczam je do siebie i, mówiąc językiem psychologii, internalizuję, czyli uwewnętrzniam. Presja zazwyczaj powstaje na zewnątrz, ale działa we mnie dopiero wtedy, kiedy otworzę jej drzwi (...). Im dłużej żyję, tym bardziej staje się dla mnie wyraźne, że odpowiedzialność za uleganie tej presji jest po mojej stronie.
Jeśli to "wiadomo" trwa niedługo - jeśli kobieta wraca do jazdy konnej, do sztalug, na żagle - pewnie uda się to doświadczenie jakoś wchłonąć. Ale jeśli trwale zrezygnuje z tego, co ją karmiło, stapiając się z rolą matki w jej najbardziej konserwatywnym, ciasnym jak gorsety naszych prababek wydanie, ani się obejrzy, a pozwoli Męczennicy zająć miejsce u szczytu stołu. I nikomu to nie posłuży.
Traumą nie jest to, że twoi rodzice się kłócili i rozwiedli, że twój ojciec był w więzieniu, że patrzyłeś na nałogi najbliższych, że byłeś zaniedbywany. To nie jest trauma. To są wydarzenia, które wywołały traumę. Czym jest trauma? Nie jest tym, co się tobie przydarza; jest tym, co się w tobie wydarza w wyniku tego, co się stało. Trauma jest wydarzeniem wewnętrznym. Samo słowo pochodzi od greckiego słowa »ranienie«. Tak więc trauma jest raną.
Nie umiem i nie chcę rozstrzygać kwestii odpowiedzialności moralnej rodziców, którzy nie byli „wystarczająco dobrzy”. Nikt nie wie, co dźwigali, ile stoczyli bitew, na ile to, że ich córki i synowie wyrośli na ludzi poranionych, było ich wyborem, a na ile – wynikiem ich własnych skrzepów bólu i ich własnych ran.
"Wolność to znaczy robić to, czego się naprawdę chce – czyli to, co nam służy”. Nie chodzi o to, na co się ma ochotę – ale o to, czego w naszym wewnętrznym rozpoznaniu potrzebujemy. Kiedy popatrzymy lata później na ten wybór, przytakniemy mu, bo on był dobry dla nas w tamtym momencie życia.
Poczucie, że rządzimy swoim życiem, generuje wielkie napięcie. [...] Nie rządzisz. Nie decydujesz. Wszystko jest tak, jak ma być.
Moim niezbywalnym prawem jest szaleć z radości na widok łubinów, które zakwitły niedaleko mojego domu, rzucać się z piskiem na szyję dawno niewidzianej przyjaciółce, z żarliwością dyskutować o kolorach bluzek, wąchać trawę po deszczu, wpadać w stan absolutnego zachwytu na widok pięknej filiżanki. Jeśli czyimś zdaniem ujmuje mi to powagi czy, tfu-tfu, nienawidzę tego słowa, profesjonalizmu, spoko. Cudzy żar może złościć tego, komu jest w życiu zimno. Cudza swoboda może drażnić tego, komu jest w życiu ciasno. Ale to nie zmieni zadania, jakie sama przed sobą stawiam.
Gdzie jest reżyser? Kto konkretnie od nas czegoś wymaga? Ta sąsiadka, ten kierownik, ten wujek? Kościół? Szkoła? Zarząd? Nie wiadomo. Wszyscy na raz i nikt pojedynczo. Ale dopóki mój palec w obwiniającym geście skierowany jest ku światu, nic się nie zmieni. [...] Presja zazwyczaj powstaje na zewnątrz, ale działa we mnie dopiero wtedy, kiedy otworzę jej drzwi: "wchodź, zapraszam, nie, nie musisz zdejmować butów!".