To, moim zdaniem, pierwsze pokolenie, które na przestrzeni całego procesu edukacji jednocześnie uczone było dwóch sprzecznych idei na temat moralności [...]. Sprzeczność ta pozostawia ich zdezorientowanych i niepewnych, bez drogowskazów oraz, co gorsza, pozbawionych wartości, których nie mieli nawet okazji poznać.
Pierwsza z tych idei mówi, że moralność jest względna lub że jest conajwyżej zbiorem subiektywnych "sądów wartościujących". Względna moralność oznacza, że nie ma czegoś takiego jak absolutne dobro czy absolutne zło, że nie możemy z całkowitą pewnością stwierdzić, co jest słuszne, a co niesłuszne; zamiast tego moralność oraz towarzyszące jej zasady są kwestią prywatnych opinii czy zbiegu okoliczności towarzyszących danemu kontekstowi [...] I tak całe pokolenie wychowano bez przekazania mu czegoś, co dawniej słusznie nazywano "mądrością życiową", i co pomagało podążać przez życie przeszłym pokoleniom. Osoby należące do pokolenia milenialsów, którym często mówi się, że otrzymali wykształcenie na najwyższym w historii poziomie, w rzeczywistości zostały poddane poważnemu intelektualnemu i moralnemu zaniedbaniu. [...]
Kontrastuje z tym współczesny relatywizm opierający się na założeniu że dokonywanie osądów, jak powinno się żyć, jest niemożliwe - ponieważ nie istnieje ani realne dobro, ani prawdziwa cnota (te są bowiem względne). Według relatywizmu najbliższą reprezentacją "cnoty" jest "tolerancja". Tylko tolerancja może zapewnić spójność społeczną między różnymi grupami i powstrzymać nas przed krzywdzeniem się nawzajem. [...]
Nietolerancja dla innych przekonań (bez względu na to, jak bezmyślne i niespójne by one nie były) jest zwyczajnie niewłaściwa; a w świecie, który odrzuca podział na "właściwe" i "niewłaściwe", to nawet coś gorszego - oznaka żenującego, a może nawet niebezpiecznego prostactwa.