Rozumiałem moich wierzących przyjaciół i w przypływie solidarności i emocji niekiedy chodziłem z nimi na mszę. Czyniąc to, nie nabierałem pewności, że istnieje jakiś Bóg, byt kierujący naszymi przeznaczeniami. Co w każdym razie ja mogłem o tym wiedzieć? A oni, co oni mogli o tym wiedzieć? Czy byli pewni, że są pewni? Siedziałem w kościele z osobliwym radosnym poczuciem, że moja niewiara i ich wiara są dziwnie sobie bliskie.