Ludzie są ze sobą powiązani jak ogniwa łańcucha, jesteśmy połączeni ze sobą jak potępieńcy. A kocha B, ale B nie kocha A, tylko C. Za to C ma się raczej ku D, D zaś ku jakiemuś F czy G. I tak dalej. Czasem się zdarza, że relacja jest zwrotna, wtedy takie kółko oddziela się na jakiś czas od reszty i dryfuje w sobie znanym kierunku. Prędzej czy później wraca do puli. W tych prostych realcjach jest pewna smutna prawidłowość. Istnieją osobnicy z samego dołu tej piramidy, powiedzmy jakieś A, które zwraca się ku innemu, a to inne ku jeszcze innemu. Ale nikt nie ciągnie ku A. Rozumiesz? Biedne A. I jest także jakieś Z, ku któremu kieruje się wiele wektorów, ale które samo nie zwraca się do nikogo. Archetypowy Narcyz, świat go uwielbia. Gdyby Bóg był sprawiedliwy, połączyłby Z z A, zamknął krąg i pozwolił mu się kręcić w nieskończoność. Ale ludzi jest zbyt wiele, działania zbyt skomplikowane. Czy dałoby się przeprowadzić takie działania na sześciu miliardach czynników w jakimś komputerze? Kto by się okazał najbardziej kochanym, a kto najmniej, tym ostatnim z ostatnich, robakiem w torfie?