Ja już nic nie przypuszczam - odparł chłodno Wokulski. - Wiem tylko, że w moich oczach, pod pozorami obojętnej życzliwości, toczył się najzwyklejszy romans i - to mi wystarcza. Rozumiem żonę, która oszukuje męża; bo ona może się tłomaczyć pętami, jakie wkłada na nią małżeństwo. Ale ażeby kobieta wolna oszukiwała obcego sobie człowieka...Cha!...cha!...cha!...to już jest, dalibóg, zamiłowanie do sportu...Przecież miała prawo przenosić nade mnie Starskiego - i ich wszystkich...Ale nie! Jej jeszcze było potrzeba mieć w swoim orszaku błazna, który ją naprawdę kochał, który dla niej wszystko był gotów poświęcić...I dla ostatecznego zhańbienia natury ludzkiej właśnie z mojej piersi chciała zrobić parawan dla siebie i adoratorów...Czy pani domyśla się, jak musieli drwić ze mnie ci ludzie, tak tanio obsypywani względami?...I czy pani czuje, co to za piekło być tak śmiesznym jak ja, a zarazem tak nieszczęśliwym, tak oceniać swój upadek i tak rozumieć, że jest niezasłużony?...