W Los Angeles roi się od dziwaków, można mi wierzyć. Mnóstwo jest takich, którzy nigdy nie byli na autostradzie o 7: 30 rano ani nie odbili karty w pracy, nawet nie mieli żadnej roboty i nie zamierzają się o nią starać, nie mogą, nie umieją, prędzej umrą niż będą żyli konwencjonalnie. W pewnym sensie każdy i każda z nich jest geniuszem na swój sposób, walczy z oczywistością, płynie pod prąd, traci rozum, żyje trawką, winem, whiskey, sztuką, samobójstwem, czymkolwiek oprócz wspólnego mianownika. Upłynie trochę czasu, zanim wszystkich nas zrównają z ziemią i zmuszą do kapitulacji.