A Markiz czuł się coraz gorzej. I to nie tylko na duszy. Jego oczy, ciemne i wyraziste, zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa. Stały się piekące i zaczerwienione, a po zmierzchu łzawiły. Co wieczór Weronika robiła mu okłady z ziół przynoszących ulgę - rumianku, nagietka i babki. Markiz oddawał się w jej ręce z ulgą, zadowoleniem i wdzięcznością. Już od południa zaczynał na to czekać.
- Skąd tyle wody w pana oczach, Markizie? - pytała go Weronika, przygotowując kawałki czystego płótna na kompresy.
- Chyba lód we mnie topnieje - żartował Markiz i całował delikatnie jej opiekuńczą dłoń.
