Kiedy mówi się, że pisarz jest modny, to praktycznie zawsze ma się na myśli, że podziwiają go ludzie poniżej trzydziestki.
Istnienie dobrej złej literatury - innymi słowy to, że kogoś może rozbawić, ekscytować, a nawet wzruszyć i rozczulić książka, której rozum po prostu nie chce potraktować poważnie - świadczy o tym, że sztuka i intelekt to dwie różne rzeczy.
Od czasów Chaucera istnieją w naszej literaturze wyraźne wątki antysemickie: nawet teraz, nie wstając od stołu, przy którym piszę, i nie sięgając do źródeł, potrafię przywołać fragmenty utworów - które, gdyby powstały dziś, zostałyby bezsprzecznie uznane za antysemickie - Shakespeare'a, Smolletta, Thackeraya, Bernarda Shaw, H. G. Wellsa, T. S. Eliota, Aldousa Huxleya oraz innych autorów. Z miejsca mogę wymienić tylko dwa nazwiska pisarz, którzy, nim nastał Hitler, rzeczywiście brali w obronę Żydów: są to Dickens i Charles Reade.
Przy obowiązujących jednak kryteriach przyzwoitości w literaturze, wcale nie tak łatwo bezstronnie analizować nieprzyzwoitą książkę.