Swego czasu, nie przeczę, parałem się astronomią. Potem przez kilka lat babrałem się w geologii. Potem mnie upieprzyła, na krótko, antropologia i kilka innych dziedzin, jak na przykład psychiatria, które są z nią związane, to znowu nie związane, po czym znowu związane, w zależności od tego, co ostatnio odkryto. W antropologii najbardziej brała mnie jej negacja, jej nieugięte dążenie, by określać człowieka, jak określa się Boga, to znaczy przez to, czym nie jest. Lecz moje pojęcie o tym było nad wyraz mgliste, brakowało mi właściwie znajomości człowieka i nie za bardzo wiedziałem, co znaczy właściwie być. Ach, próbowałem wszystkiego. Na koniec zaszczyt władania moimi ruinami przypadł w udziale magii i nawet jeszcze dziś, kiedy się tam przechadzam znajduję jakieś jej ślady. Najczęściej jednak to miejsce nie ma żadnego planu ani żadnej granicy, i wszystko w nim, po materię, która się na nie składa, nie mówiąc o jej porządku, jest dla mnie nieprzeniknione.