Harry poczuł się całkowicie oszołomiony. Koń stał tuż przed nimi, połyskując w mdłym świetle, sączącym się przez okna stacji, w mroźnym powietrzu z nozdrzy buchała mu para. Ale jeśli Ron nie udawał - w końcu byłby to bardzo głupi i trochę przydługi dowcip - to w ogóle go nie widział.
- TO co, może jednak wsiądziemy? - zapytał niepewnym tonem Ron, patrząc z troską na Harry'ego.
- Tak...Tak, wsiadaj...
- Wszystko w porządku - rozległ się śpiewny głos tuż obok niego, gdy Ron zniknął w ciemnym wnętrzu powozu. - Nic ci nie jest, nie zwariowałeś. Ja też je widzę.
- Widzisz? - zapytał z nadzieją Harry, odwracając się do Luny Lovegood.
W jej wielkich, srebrzystych oczach dostrzegł odbicie skrzydlatych koni.
- No jasne. Widziałam je od samego początku, od pierwszego przyjazdu do Hogwartu. One zawsze ciągną nasze powozy. Nie przejmują się. Jesteś tak samo zdrowy na umyśle jak ja.
