Zobaczył przed sobą miasto, takie samo, jakie było wczoraj, przed godziną. Świeciło w dolinach, szemrało. Ale Lwu się wydało, że wszystko było trochę inne. Jakie? Nie wiadomo. Przeczuwał w tym bezpiecznym znajomym widoku fałsz. Pociągnął nosem, jakby spodziewał się znaleźć smak spalenizny. Zrozumiał to po kilku minutach, w ciągu których jego ciało zmartwiało od chłodu - świat się skończył, choć zatrzymał pozory trwania. Tak wygląda prawdziwy koniec. (...)
Od następnego dnia Lew zaczął żyć w świecie, który już nie istniał, który cały był złudzeniem, snem z rozpędu, przyzwyczajeniem zmysłów.
I wcale nie było to trudne; było łatwiejsze niż tamto życie, na poważnie.