Wiesz, jestem fanem Bruce’a Lee. Od zawsze. No i był taki film, niezbyt zresztą dobry, a w zasadzie żaden: „Last dragon”. On miał być niby o tym moim ulubieńcu, a był o takim czarnym kolesiu z getta, który się nazywał Bruce Leroy. I tak dla żartu to sobie wziąłem. Wcześniej miałem inny pseudonim.
(…) ja jestem uparta i jeśli już coś zaczynam, to też kończę.