A jeśli któryś z nich złowił lisa pustynnego, jeszcze młodego, którego można było karmić z reki, chował go; albo gazele, jeśli udało się je utrzymać przy życiu. Lis z każdym dniem stawał się dla człowieka cenniejszy: tak jakby wzbogacał go własną jedwabista sierścią i przemyślnością, a przede wszystkim potrzeba pokarmu, która tak bezwzględnie wymagała opieki ze strony wojownika.
I żył on jakimś szczególnym złudzeniem, ze coś z niego samego przechodzi w to zwierzątko, jak gdyby ono żywiło się, rosło i przybierało kształt jego miłości.
A potem, pewnego dnia, wołany instynktem miłości lis znikał wśród piasków pustyni i serce człowieka nagle stawało się puste.
Widziałem, jak jeden z takich ludzi umarł, bo zbyt opieszale bronił się, kiedy wpadł we wroga zasadzkę.
Kiedy dowiedzieliśmy się o jego śmierci, przypomniało mi się zagadkowe zdanie, które wypowiedział po ucieczce obłaskawionego lisa, kiedy towarzysze, widząc jego smutek, radzili mu, żeby schwytał innego.
Za dożo potrzeba cierpliwości - odparł im - nie po to, zęby schwycić lisa, ale żeby go pokochać.