Rzucili płaszcze i kurtki na oparcie krzeseł. Wełna, przesiąknięta wilgocią, karbidem i naftą, oddawała swój zapach, ukryty dotąd między włóknami tkaniny, a teraz pobudzony ciepłem do życia. Unosił się on w rozgrzanym powietrzu tyrolskiej gospody, wzbogacony o przyjemny swąd płonącego w kominku drzewa tudzież o szorstką, acz delikatną woń kamiennych ścian.
Przez dziury w twoim płaszczu prześwieca twoja próżność.
Mama idiotów jest ciągle w ciąży. Ciągle ich ma i my musimy z nimi walczyć.