Całe popołudnie spędziłem w księgarni. Nie było w niej książek. Nie drukowano ich już od pół wieku bez mała. A tak się na nie cieszyłem, po mikrofilmach, z których składała się biblioteka „Prometeusza”. Nic z tego. Nie można już było szperać po półkach, ważyć w ręce tomów, czuć ich ciężaru zapowiadającego rozmiar lektury. Księgarnia przypominała raczej elektronowe laboratorium. Książki to były kryształki z utrwaloną treścią. Czytać można je było za pomocą optonu. Był nawet podobny do książki, ale o jednej, jedynej stronicy między okładkami. Za dotknięciem pojawiały się na niej kolejne karty tekstu. Ale optonów mało używano, jak mi powiedział robot-sprzedawca. Publiczność wolała lektony – czytały głośno, można je było nastawiać na dowolny rodzaj głosu, tempo i modulację. Tylko naukowe publikacje o bardzo małym zasięgu drukowano jeszcze na plastyku imitującym papier.
Zdecydowanie więcej różnorodnych pozycji znajduje się w kategorii książek niż w jakiejkolwiek innej kategorii.
Doskonale wiem, co to znaczy być uzależnionym (...). Nie wstydzę się swojej przeszłości. Spędziłem ponad dekadę, żyjąc dziko, ale z jakiegoś powodu było to coś, co musiałem przejść. Dziś czuję, że się wyszalałem. Cenię spokój i harmonię.
Mam to szczęście, że bardzo kręci mnie to co robię, a naturę mam taką, że dla mnie odpoczynkiem jest zmiana zajęcia. Pisanie książek i dyskutowanie z ludźmi na spotkaniach autorskich to zdecydowanie ulubiony fragment mojej pracy.
Jestem dociekliwy, bardzo dociekliwy, stałem się dziennikarzem śledczym bardzo szybko.
Skostniałe granice między literackimi gatunkami coraz bardziej się zacierają. Wierzę, że ten proces będzie trwał i doczekamy się chwili, w której autor książek fantastycznych zostanie należycie doceniony.
Po przyjeździe do Polski, odczuwałem dziecinną nostalgię nie tyle do całej Francji co do tych miejsc, we Francji, gdzie się urodziłem, i gdzie spędziłem 11 lat. Potem nowy kraj jakim była dla mnie Polska, w sposób dosyć całkowity zaabsorbował mnie. To co było we mnie francuskie: krajobrazy, a przede wszystkim język którym przestałem się posługiwać, to wszystko zapadło w jakiś taki letarg, ale tak naprawdę obudziła się we mnie tak zwana francuskość w momencie kiedy poszedłem na studia właśnie na filologię francuską.
Nie można stawiać książki i jej adaptacji na tym samym poziomie, nie można szukać między nimi zależności, bo takowych nie ma. Nie ma żadnych punktów stycznych. Żeby było jasno: nie deprecjonuję adaptacji i innych mediów w czambuł, zgadzam się, że są wyzwaniem – jeżeli nawet nie równym napisaniu książki, to całkiem dużym i godnym uznania. Ale wciąż są czymś innym.