W pewnym mieście słynny gangster obrabował bank z tysiąca funtów i jeszcze tego samego popołudnia wydał całą fortunę na tabliczki Wonki. Kiedy policja weszła do jego domu, aby go aresztować, znalazła go siedzącego na podłodze pośród gór czekolady, zdzierającego opakowania ostrzem długiego sztyletu.
- Kochano Veruco! Jak się masz? Cóż za przyjemność! Jakie masz ciekawe imię, prawda? Mnie się zdawało, że po angielsku veruca to taki pryszcz na pięcie. Ale przecież muszę się mylić, prawda?
Jest w mroźnej pogodzie coś, co wzmaga apetyt. Większość z nas zaczyna w takich okolicznościach marzyć o gęstych, dymiących gulaszach i szarlotkach prosto z pieca oraz o całej masie innych gorących pychotek; a ponieważ jesteśmy dużo większymi szczęściarzami, niż to sobie wyobrażamy, więc zwykle, a przynajmniej dość często, dostajemy to, cośmy sobie wymarzyli. Ale Charlie Bucket nigdy nie dostawał tego, o czym zamarzył, bo jego rodzony nie było na to stać, a kiedy ta sroga zima trwała tak i trwała, Charlie czuł śmiertelny głód.
- Veruczko, kochanie. Nie zawracaj uwagi na pana Wonkę. On kłamie.
- Szanowna stara flądro - powiedział pan Wonka. - Niech pani idzie i da się usmażyć z kartofelkami.
Wszystko jest tutaj jadalne, łącznie ze mną. Ale to nazywa się kanibalizmem, drogie dzieci, i spotyka się z dezaprobatą w większości społeczeństw.
Śmietana nigdy nie będzie ubita, jeśli się jej nie potraktuje biczami. Podobnie jak nie zrobisz jajek sadzonych bez stołka do posadzenia.