Po wymiecionym zawieją szkliwie podbiegunowych lodów ciągnie trzydziestu wychudzonych, ale żylastych zeków do łaźni, odległej o 5 kilometrów. Łaźnia – to dużo powiedziane, włazi do niej naraz sześciu ludzi, więc kąpią się na sześć zmian, drzwi otwierają się wprost na trzaskający mróz i cztery zmiany muszą czekać przed i po kąpieli, bo nie wolno im się ruszyć bez konwoju. Ale nikt z nich nie łapie zapalenia płuc, ba, nikt nawet nie kichnie. (Pewien staruch kąpie się tak przez dziesięć lat pod rząd, od 50 do 60 roku swego życia. Puszczają go wreszcie na wolność – jedzie do domu. Ciepło mu teraz, ma opiekę – i ginie w ciągu miesiąca.